Piszemy najdłuższy wiersz w mikroświecie
#81
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.
N.N
#82
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#83
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"
N.N
#84
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#85
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.
N.N
#86
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#87
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.
N.N
#88
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#89
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.
N.N
#90
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#91
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.

Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,
N.N
#92
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.

Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,

Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#93
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.

Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,

Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,

Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.
N.N
#94
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.

Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,

Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,

Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.

Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#95
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.

Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,

Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,

Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.

Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.

Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.
N.N
#96
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.

Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,

Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,

Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.

Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.

Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.

Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#97
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.

Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,

Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,

Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.

Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.

Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.

Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.

Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.
N.N
#98
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.

Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,

Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,

Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.

Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.

Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.

Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.

Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.

I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#99
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.

Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,

Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,

Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.

Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.

Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.

Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.

Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.

I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,

Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.
N.N
No i mamy pierwszy temat, w którym pękła setka postów! Big Grin Big GrinBig Grin

Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,

Khmerzy od ciała odrzucili głowę.
Gwałcili, bili, ziemię ludu grabili,
Czym ciała i serca narodu ranili.

Arystokraty dziedziczkę również porwali,
I owego możnego tym szantażowali,
Groził Sary, że na pal ją wbije, jeśli

Do targu trumny gwoździa nie wbije.
Już targ ucieka, razem z nim lud cały,
Wśród rady starszych częste są zawały.

Kraj cały grabi generał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
Podąża za nim pułkownik Sabin,

Drży przed nawet khmerski rabin
Ezechiel; Wszyscy drżą przed tymi potworami,
Nie chcielibyście spojrzeć na nich sami!

Rada starszych gaśnie wraz z członków żywotami,
Kraju honor arystokrata plami,
Lecz cóż on począć innego może?

Pożary zniszczyły już całe zboże,
Lud cały już głoduje,
Na targu choćby i chcieli, nikt nic nie kupuje.

I w samym apogeum tej pożogi,
Pojawia się cudzoziemiec laskonogi,
I na ruinach targu tak do ludu przemawia:

"Jeszcze możecie się uratować, jeszcze życie wam pisane,
Bóg od śmierci Was wybawia,
Jednak uciec stąd musicie, zwierzęta zostać tu mają same!"

Wtem chłop Wojciech głos zabiera:
"Nie będziesz mi po chlewach się poniewierał!
Wracaj, kacapie, skąd żeś przyszedł!"

Lecz cudzoziemiec stąd nie wyszedł,
Głosił za to mądre kazania,
Lud słuchał co pozwala, lecz nie co zabrania.

Wtem rabin zdrajca, szlachetki morderca,
Rozmawia z Natanem, do nowych okrucieństw go zachęca,
Zaś lud na targu bogactw możnych się domaga,

Lecz cudzoziemiec, imieniem Melchizedek, błaga,
Ludu, przyszedłem uratować Was od grobu,
A Wy nie chcecie, nie widziałem nigdzie takiego narodu...

Lud na to wściekły:
"Coś taki zaciekły?
My tu z głodu padamy!"

"My z Bogiem wszystko wam damy"-
rzecze obcokrajowiec pewny
Kobiety z ludu wpadają w płacz rzewny.

Niektórzy małżonkowie je uciszają,
Inni jednak się do nich dołączają,
Wtem Wojciech znów krzyczy:

"Przecz, psie zbrodniczy!
Wyjdź albo zginiesz, heretyku,
Bóg ukarze cię bez liku!"

Niewiasty płakać przestają,
I do krzyków Wojciecha się przyłączają,
Lud wznosi widły i pochodnie,

Chce popełnić straszliwą zbrodnię,
Na człowieka co chciał ich uratować.
Lecz nie zaczynają go katować,

Ponieważ niebo staje się nagle ciemne,
Czarne chmury przykrywają Słońce piękne,
Pioruny zaczynają uderzać,

Skazany na śmierć krzyczy "zła się nie ulęknę",
Ludzie zaczynają się ze sobą zderzać.
Skłonni są uwierzyć tajemniczemu mesjaszowi.

Tymczasem partyzanci Sabina są już gotowi,
By stawić czoła straszliwej Natana armii,
Powiada Sabin: "Los tych plugawców jest marny".

I tajemniczy mesjasz przywołuje sarny,
Wypędza wszystkich co szukają wojny,
"Ja Was wyprowadzę na ląd spokojny!"

Idą za nim wszyscy oprócz rodziny Wojciecha,
Ten powiada: "Chcą zabić człowieka,
Więc wolę odejść na swojej ziemi".

Mrok zapadł, w nim jasny księżyc się mieni,
Lud idzie, przed nimi Melchizedek idzie i woła do tłumu,
By szedł spokojnie i nie robił niepotrzebnego szumu.

Idą i widzą: oto Khmerski kapitan,
Arwulf, przez stolicę go niosą końskie kopyta,
Nie ma przy nim służby, ni straży,

Mesjasz mówi, choć widać z jego twarzy,
że nie oddałby za te słowa głowy,
By zostawić kapitana i zakończyć krwawe łowy.

Chłop Franciszek się pyta: "Dlaczego?"
Melchizedek na to: "Tak chce od nas niebo,
Miłości, nie okrucieństwa niczym Khmerskiego,

Musimy zająć się budową łodzi,
Nienawiść dziele budowy szkodzi."
I wyruszyli nad brzeg, by rozpocząć pracę.

Tymczasem w probostwie arystokraty zbierano na tacę,
Na proch do Khmerskich rusznic i muszkietów,
By z ludu krwawym bojem uczynić niewolników.

Lecz na nic działania złowrogich polityków.
Łodzie powstawały wciąż jedna, po drugiej,
Budowano je nawet w trakcie nocy długiej,

Mimo, że ciągle do uszu ludu napływało Khmerskie wycie:
"Palmy, grabmy, niech nie zostanie tu żadne życie!"
Ochoczo i zawzięcie cięli, rąbali i ciosali chłopi,

Wiedzieli, że za ostrym klifem khmerski pies ich nie wytropi.
Powstawały łódki małe i łodzie potężne,
Kobiety zasiadać miały w łódkach, w łodziach- chłopy potężne.

Jednak, w noc ostatnią, nadjechał Natan,
Nawet wśród Khmerów istny szatan,
I z armią swą ogniste pociski w łodzie wystrzelił.

Część łodzi spłonęła, lecz naród złych zmielił,
Noga przy ręce Khmera nie leżała w promieniu
10 metrów; Większość ich ciał zginęła w płomieniu.

Kronikarze obwołali tę Bożą Łaskę "Bitwa na piły",
Albowiem chłopy tymi narzędziami Khmerów pobiły,
Arystokrata dostał po niej swej córki palec ucięty.

Każdy wróg mesjasza po bitwie został wyklęty.
Budowa łodzi ruszyła ponownie,
Że zbudowali tysiąc, przyjmuje się umownie.

I klątwa niedowiarka Wojciecha dopadła,
Jego rodzinę Khmerska zaraza zjadła,
Jedynie on sam żywy pozostał,

Niczym pień uschniętego drzewa się ostał.
Lecz pozwolono mu wsiąść do łodzi,
Miejsc jest tak dużo, że nic to nie szkodzi.

I płyną, przez wody wzburzone,
Niosą ich wiatry przez morze słone,
A arystokrata w ten czas zmuszony jest przed Sarym klęczeć,
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości