"O przypadkach dzielnych praszczurów..." - Księga II
#24
W starej Bialenii, gdy chłopi się na obczyźnie bogacili,
Sabin i Janowicz i inni szlachcice dzielnie walczyli,
Z bezlitosnym kupieckim okupantem, w bitwach wielu,

W międzyczasie zanurzali się w soku z chmielu.
Walczyli, choć śmierć im była pisana,
Nie taka była droga wyznaczona przez Pana.

I już Arwulf ze swym wojskiem kupieckim,
Wychodzi naprzeciw mężom bialeńskim,
Dudnią bębny, huczą trąby, rozbrzmiewają hymny,

W Rosieniu widać alarm dymny.
Lecz wszyscy zginą, już o tym wiedzą,
Nie wiedzą czemu za morzem nie siedzą.

Wtem do wsi Janowicza wpada goniec:
"Khmerzy zbeszcześcili Kai święty zagoniec,
I resztę tego miejsca zniszczyć chcą!"

Janowicz na to: "Śmierć tym psom!".
I rusza w wojnę o zachowanie kultury,
dziedzictwa i świętości- idzie walczyć żołnierz ponury.

Za nim szlacheckie masy idą,
Choć przewagę wroga widzą,
Zaś nad wsią Sabin czuwać zostaje.

Ostatnie pieniądze swe wydaje,
Kupuje sługów, konie i pożywienie,
Ledwie starcza na uzbrojenie.

A Janowicz z bracią swą pędzi,
Mijają Królisko, nie wiedząc co się święci,
Pędzą poprzez gruzy stolicy,

Grasują tam już tylko szabrownicy.
Chcą uratować przed barbarzyńcami,
Zabytki ze złotem, srebrem, ołtarzami.

Jednak Janowicz grzmi:
"Ważniejsza Kaya, czy zbytek materialny'?"
Na to jego szlachecka brać:

"Czy Ty nie rozumiesz, kurwa Twoja mać,
Że las nie zachowa dziedzictwa narodowego,
I nie uratuje narodu naszego?"

Janowicz na to głośno wrzeszczy:
"Jeszcze słowo, a Wasze żebra zatrzeszczą!
Jakieś złote pierdoły więcej niby warte niż święte miejsce?!"

Pyta szeregowy, który mało znaczy, czy nie mądrzejsze
Byłoby działania razem, zbudowanie dużej siły,
I sprawienie, by wrogi z bólu się wiły.

Na to Janowicz, do kmiotka tego, imieniem Mikołaj:
"Przecież smarku razem Khmerów chcemy wyrzucić za bulaj,
Tylko ci debile wolą grabić, niż kraj ratować!"

Zaczynają się już obie strony ratować
Jednak nagle strzały powalają na ziemię wielu,
Szeregowego Mikołaja, co woła "Janie Chrzcicielu!"

Janowicz też kulą dostaje,
Jednak umknąć mu się udaje,
Razem z co trzecim kompanem,

Nad wodę trafiają nad ranem.
Wiedzą, że wojna to nic nie przyniesie,
Jedynie w śmierci naród rozniesie.

Janowicz rzecze: "Wiem, że nie wygramy,
Ale choć czasu uzyskać się postaramy,
Na odsiecz skądś, tylu nas już przecie poległo,

Reszty wiele w kraje ościenne zbiegło."
Lecz oni budować statków nie chcieli,
Przybrali rolę khmerskich okrętów złodziei.

I tak się na opuszczone miasta północy zapuszczać zaczęli,
Zamiast latać z pałaszami i strzelbami, skryci w kniei,
Jednak Sary przejąć się tym wcale nie chciał,

Gdy wnet ptak bialeński nadleciał,
Z zieloną tarczą i złotym dziobem,
Chciał pokierować swoim narodem.

Woła wówczas starzec Sabin:
"To znak z nieba, niech objaśni go rabin!"
Ale ptak odzywa się wtedy tymi słowy:

"Posłuchajcie już tej mowy,
Bracia wasi na obczyźnie,
Którzy myślą o ojczyźnie,
N.N


Wiadomości w tym wątku



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości