Piszemy najdłuższy wiersz w mikroświecie
#41
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,
N.N
#42
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#43
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się patrz; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.
N.N
#44
Chyba znowu drobna literówka, Andrzeju.

Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#45
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.
N.N
#46
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#47
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.
N.N
#48
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#49
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.
N.N
#50
Baron powstał nad nimi
Sarmatami okropnymi
wobec bezmiaru niesprawiedliwości
i uczucia bezradności
Nie daję gwarancji na ciągłą aktywność, ponad to, na ile mam siłę.

(-) Jan Kaniewski
#51
Janek: pozwoliłem sobie zmienić Twój post na formę metaforyczną. Poza tym to, że Pana K.J. Michalskiego obecnie nie ma z powodu realiozy, nie oznacza, że mamy deptać jego wizję polityki zagranicznej. Na przyszłość, ustaliliśmy, że piszemy po trzy wersy. Potem, przy ostatecznej wersji, się to ogarnie.

Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.
N.N
#52
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#53
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,
N.N
#54
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Baron Kaniewski ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.
Nie daję gwarancji na ciągłą aktywność, ponad to, na ile mam siłę.

(-) Jan Kaniewski
#55
ZNOWU MUSIAŁEM POPRAWIĆ PRAWDZIWE NAZWISKA NA WYSTĘPUJĄCE W TYM WIERSZU!

Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.
N.N
#56
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#57
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?
N.N
#58
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
#59
Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.
N.N
#60
Jak tak dalej pójdzie, to dopiszemy na początek inwokację i nazwiemy dotychczasowy dorobek "Księga I", a potem stworzymy całą epopeję narodową. Big Grin Big GrinBig Grin

Pewnego dnia w stolicy,
Stał arystokrata i jego najemnicy.
Jeden z żołnierzy spojrzał na targ,

Gdzie to obok kamienicy
Chłop zapadał w letarg
Otóż to, szlachetka pyta:

"Czy to armata ukryta?!"
Stary pułkownik bierze karabin,
Nagle szarpie go rabin,

"Tożto ty Sabin!"
My tu się z powstaniem
Gdzież to wielkim zmaganiem

Nagle w zgiełk wbiega arystokrata,
"Dla mnie powstanie to nazbyt strata,
Wycofuję więc swych żołnierzy..."

Tużto nagle kupcy - Khmerzy
A od nich włos się jeży;
do Sabina "A cóżto za rozmowa?"

Nagle w stragan Żyd uderzył,
"O waszych rządach, surowa"
Wtedy kupiec do Samphana:

"Gdzież tu karawana?
przecie, jako kupcy przejdą przez Bramę Floriana
Ale nie brak przywary na Samphana

Mości panie, to wojowie Natana!
Uciekajmy, nie wzbudzając popłochu."
A na to rzekł szlachetka:

"Dosyć tego motłochu!"
Tęga była jego sylwetka,
Wydobył miecz z pochwy,

Mąż dziarski i mocny,
Zamachnął nim groźnie,
Po czym na wojów ryknął:

"Cóż czynicie bezbożnie!"
Po czym do żony syknął:
"Już czas!"

Tymczasem opodal wieśniak kozy pasł,
Zacnych mężów w furię wpędzając,
Bo bohatera uraża prostota,

Wówczas żona szlachetki wstając:
"Kupcy rzeczą, żem brzydota,
Lecz przez ich do Khmerów uległość,

I również tychże przybycia nagłość,
Dzielni mężowie dziarskość swą porzucili,
Nagle, jak starzec ten padół.

A wówczas Khmerzy u nas stworzyli,
Totalitaryzmu swojego pół."
Arystokrata i najemnicy na Khmerów patrzą,

A Khmerów spojrzenia wysuszają ich usta jak natron,
Serca szybciej dzielnym mężom biją,
A dłonie ich nad szablami się trzęsą,

Myślą, że nie wytrzymają i babę zabiją,
Lecz ona tak niewinnie potrząsa rzęsą,
Co jej mężowi się nie widzi,

Zaś jednego Khmera brzydzi,
I wnet ten głową nerwowo potrząsa,
Po czym powiada:

"Chłopy, niech Was lekarz zbada!
Co to Wy na tą dziewuchę patrzycie,
Przecież ona z podłego plemienia!"

A na to jej mąż, pełen oburzenia:
"Podliście Wy, psubraty!
A nie nasze cne niewiasty!"

I tak to miast strzelać z armaty,
I później zwycięskie wznosić toasty,
Khmerzy z armią arystokraty walczą o babę!

Już wyciągają strzały, tłuszcza zbiega na panel,
By bezpiecznie podziwiać te boje,
O honor mężów tej ziemi.

Już najemnicy wkładają zbroje,
By walczyć z khmerskimi wszami,
I ich kupiecką piątą kolumną.

Już rozbrzmiewają bębny,
Już słychać trąby,
Już nogi poszły w dziki tupot,

Lecz nie usłyszał nikt głosu bomby,
Bo szlachetka zakończył swój żywot!
Otruty przez khmerskiego szpiega,

Którym był jego fałszywy kolega,
Rabin, padalec kłamliwy,
Lecz podówczas najemnicy tego nie wiedzieli.

Wnet wybuchł alarm fałszywy,
Że szlachetka nie żyje od niedzieli.
Arystokrata w bój rzuca najemników,

Licząc na rozpędzenie Khmerów jak trusów.
Jednak kupiecka robota mozolna,
Odwagi przydaje każdemu.

Do Khmerów dochodzą posiłki z wolna,
Wszyscy przyglądają się ze strachem złemu
Alfredowi; Politykowi z Khmerów ojczyzny.

Złowrogi, wygolony balistyk,
Za nim podążają konni z artylerią,
Arystokrata pocić się zaczyna,

Wśród ludu panuje histeria.
Walczyć chce już cała gmina,
Złapać tego psiego syna!

Lecz Khmerzy są jak dla bezrękiego draperia,
Do złapania ni w ząb!
Nawet wśród wycia trąb!

Alfred ogłasza co następuje,
Targ cały się rozwiązuje.
Natychmiast, z dniem ogłoszenia!

Wtem wkracza dziedzic pradawnego Rosienia,
Adam Janowicz, mąż zacny, acz ubogi,
I swym donośnym głosem rzecze:

"Targ nigdy nie zboczy z drogi,
W końcu istnieje już półwiecze!
Niech giną Khmerzy i zdrajcy,

Do boju pospólstwo i rajcy!
A truciciela osobiście na pal wbiję!"
To powiedziawszy zimnym wzrokiem tłum mierzy.

Lecz dziwnie uśmiechają się podłe żmije,
Lud umęczony dziwi się, patrzy; Khmerzy,
Wyjmują broń dziwną, nieznaną.

Trzęsie się cały lud zatroskany,
Trzęsie się arystokrata, trzęsą najemnicy,
Jeden Janowicz stoi spokojny,

I nie zdejmując swojej przyłbicy,
Patrzy jak Khmerów pułk strojny,
Miast broń wyjmować, pada na twarze.

"Słusznie, ukorzcie się, albo Bóg was pokarze!"
Huczy znów dziedzic Rosienia,
Najemnicy powoli broń opuszczają,

Lecz nie dlatego okupanci rzucają uzbrojenia,
Że sumienie jednak mają.
Trucizna działać zaczyna straszliwie.

"To pali jak w oczach płonące igliwie!"
Krzyczy Alfred, wijąc się po ziemi.
Tłum także padać zaczyna,

Lecz i to losu targu nie zmieni.
Bo stolica Khmerów rozpatrzy czyja wina,
I targ, i kupcy, i arystokrata, i najemnicy zginą.

Baron powstał nad nimi,
Khmerami okropnymi,
wobec bezmiaru niesprawiedliwości,
i uczucia bezradności.

Ostatni Khmerzy lecą do stolicy,
Cieszą się z tego nasi najemnicy,
Lecz nie wiedzą co ich czeka.

"Ja was osobiście posiekam!"
Krzyczy dziedzic Rosienia,
Tymczasem kolejni ludzie padają,

I na nic im ukradzione mienia,
Skradzionych obrazów już nie posprzedają.
Lecz marna to dla dobrych kupców pociecha,

Arystokrata ród swój prowadził,
Na barykady walk krwawych nieraz,
I teraz słowa dotrzymał.

Ta krew przelana posiewem przyszłości,
wrogom grzmi w uszach jęk niesprawiedliwości,
Gdy go już srodze posmakują,
Wtedy poczują.

Lecz to jedynie niedobitki,
Tych co przyszli tu do bitki,
A Khmerska armia wciąż nie przyszła.

Za to Kostucha zimna na żer wyszła,
Z Satanaelem odbiera kolejne życia,
Lud ginie, Khmerski mór go zabija.

Coraz więcej widać świni bez ryja.
Co to się dzieje, pyta lud duchownych,
Czy Bóg daje im moc znaków wymownych?

Lecz duchowni lud zbywają, tłumacząc:
"To trudne znaki, dajcie nam czas na odczytanie z Khmerami walcząc."
Wtem słychać trąby, lud spostrzega w oddali syna Alfredowego,

Wszyscy wiedzą, że zwiastuje to coś złego.
Za młodym człowiekiem widać dużą armię,
Deszcz pada, bo i chmura ze smutku się zarwie.

Młodzian, imieniem Sary, wciąż wąsem wywija,
Nagle przestaje, gniew na jego twarzy się odbija.
Zauważył bowiem martwe ciało ojcowe,
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości