Wykaz podręczników nieobowiązkowych do nauczania w liceum
#1
Frederick Hufflepuff - dnia: 13 Wrzesień 2015, 11:35:32

Szanowni Państwo!


Niniejszym przedstawiam wykaz podręczników nieobowiązkowych (dodatkowych, dla uczniów chętnych i chcących zdobyć dodatkowe oceny) dla uczniów liceum. Mam nadzieję, że książki spodobają się nie tylko młodzieży, ale także wszystkim wnikliwym obserwatorom i rodzicom. Wykaz będzie uzupełniany o kolejne pozycje.


1. "Opowiadania Macieja Kamińskiego - wybrane" Poziom: liceum, wydawca: Ministerstwo Edukacji Narodowej, autor: Maciej Kamiński

Cytat:Opowiadanie pt. "Mrok":

Mrok. Wszędzie mrok. Niebywały, przejmujący mrok. Towarzyszy on tej krainie już od dłuższego czasu, choć niczym sobie na to nie zasłużyła. Ten mrok symbolizował fatum, przekleństwo wiszące ponad tym małym kawałkiem mikroświata.

Tymczasem poprzez dział Regiony przemyka postać równie mroczna, co i cała kraina. Od Wernergradu (dawnego Wolnogradu – obecnie za wymawianie tej nazwy grozi rok więzienia), zmierza w stronę dawnych majątków lennych, dawno już przejętych przez państwo od wywłaszczonych „panisków”. W pewnej chwili zatrzymuje go milicjant Królewskiej Milicji Bialeńskiej:
- Kto idzie?
- Piotref65!
- Idźcie dalej, obywatelu.
Przed bohaterem widać już bramy Lidzbu, w których po raz kolejny zostaje zrewidowany przez funkcjonariuszy. Otrzymuje Kartę Pobytu, uprawniającą do przebywania na terenie miasteczka – dzięki niej nie trafi od razu na tutejszy posterunek. Biegnie czym prędzej do karczmy „Pod Tucznikiem”, gdzie już czekają jego znajomi.
- Cześć cześć, Antosiu – zaczął podstarzały człowieczyna z wąsikiem.
- Nie tak głośno, Maksiu - upomniał go młodzian z szopą włosów na głowie.
- Spokojnie Bartoszu, szpicle o tej porze już śpią – uspokoił ich przybysz, zdejmując ciemny płaszcz.
- Oni nigdy nie śpią – odpowiedział młody.
- Co będzie dla panów? – spytała kelnerka, ubrana w mundur, jak wszystkie inne osoby podczas pracy.
- Cztery browary – zamówił wąsacz.
Dziewczyna zanotowała, dmuchając balony z gumy do żucia, po czym odeszła w stronę kuchni.
- Cholera, cholera...
- Co się dzieje, Antoś, stary?
- Widzisz Maksiu, wciąż nie mogę sobie tego wybaczyć...
- Oj, przestań już! To nie była Twoja wina. Nikt z nas nie mógł nic na to poradzić.
- Ja mogłem. Powinienem był zauważyć tę zmianę stylu i nagły wzrost aktywności u Miśka... Powinienem wtedy zablokować jego konto. W ten sposób dorwalibyśmy jego mordercę jeszcze zanim przejąłby konto administratorskie i Bialenia byłaby wciąż wolna...
- A któż z nas to wiedział, Antoś, stary? Ten cały Werner perfekcyjnie się podszył pod Miśka. Perfekcyjnie. Przecież nasz przyjaciel miewał takie wzloty. A pamiętaj, atak nastąpił podczas ferii, czyli okresu wolnego – w Święta przecież Misiek dużo pisał.
- Nie chciałbym Was martwić, koledzy, ale – odezwał się czwarty z siedzących, łysy, muskularny pięćdziesięciolatek – kamecy z Wydziału Prewencji tu jadą. Radzę się zwijać, jeśli nie chcecie, żeby Kamil nas musiał znowu z paki wyciągać.
- Ale Karaś, ja za browary zapłaciłem!
- Wolisz wypić czy żyć? – zganił wąsacza Bartosz.
- No dobra, idziemy – skończył rozmowę Maksymilian.
Bohaterowie wybiegli przez zaplecze na zewnątrz. Zza otwartych drzwi usłyszeli kobiece wrzaski.
- Pewnie znowu się te mendy zabawiają – mruknął wąsacz.

W międzyczasie, daleko na północy, w Numbres, wsi pamiętającej starcia starożytnych Sarmatów i Teutonów, mrok był bezustannie rozświetlany przez wystrzały z karabinów. Ubrani w czarne mundury żołnierze Gwardii Pretorianów Króla Wernera I intensywnie nacierali na prowizoryczne okopy urządzone przez grupkę partyzantów w Jaskini Praojców. W pewnym momencie ich dowódca, hetman polny Alfred Santapierre, znany głównie z tego, że rozstrzeliwał jeńców tak, jak jego idol z nastoletnich lat, Tytus Bomba, nakazał wstrzymać ogień. Uznał, że brak odpowiedzi ze strony ostrzeliwanych oznacza ich pewną śmierć od lawiny ognia, zatem nałeży wejść do środka i wynieść zwłoki. Wówczas pretorianie usłyszeli gruby męski głos:
- To za Elmera!
Po czym wybuchnął obok nich granat. Rzucił nim sam lider ugrupowania „Wolność, Braterstwo, Swoboda – Prawdziwa Bialenia”, baron Janusz Kałmucki, skazany podczas swej misji dyplomatycznej zaocznie na śmierć przez nowe władze. Jego gest wyrażał zemstę za zabójstwo emerytowanego bialeńskiego polityka, Elmera Witkego, dokonane właśnie przez Santapierrego. Baron wisiał przez dłuższy czas na krawędzi barykady, patrząc martwym wzrokiem na reanimowane przez swych towarzyszy trupy pretorianów. Po kilku minutach jego młody przyjaciel złapał go za nogi i ściągnął siłą na dół.
- Co Ty wyprawiasz, Janusz? Chcesz, żeby Cię po prostu załatwili?
- Wtedy wykreowałbyś mnie na bohaterskiego obrońcę naszej demokracji, Lechu – spokojnie odparł Kałmucki.
- A kto Twoim zdaniem miałby przejąć dowodzenie? Za Tobą ludzie idą, bo jesteś znany. Reszta sławnych działa po cichu, bez szaleństw – tak, szaleństw, bo czym innym jest walka z administracją, jaka by nie była? Ciesz się lepiej, ze zamiast walnąć w nas nukiem próbują wziąć Cię żywcem dla propagandy.
- Zamilcz – burknął baron – Nic nie jest takie proste, jak Ci się wydaje, młokosie.
- Słuchaj Janusz, coś Ci powiem. Może Tobie jest łatwo próbować dokonać niemożliwego z wyrokiem śmierci w swoich aktach, ale tam z tyłu siedzi sześćdziesięciu młodych chłopaków, którzy zostawili swoje rodziny i siedzą tu, bo wierzą w to, że się uda – a prawda jest taka, że nie mamy w tej chwili żadnych szans. I co ja zrobię, jak Ciebie zabraknie? Powiem im „Hej, słuchajcie, idę Was zabrać na pewną śmierć poprzedzoną brutalnymi torturami i zgubić Wasze żony, dzieci i rodziców”? Ogarnij się, bo wszystkich tu zgubisz!
Pretorianie wznowili ostrzał.
- Dokończymy tę rozmowę później, Lechu – teraz mamy zadanie do wykonania.

I tak to trwa, już od przeszło roku – nad Bialenią wisi mrok, nad Bialenią wisi fatum, nic go zdjąć nie może...

Praca na konkurs "Bialenia za rok".



Opowiadanie pt. "Wezwanie":

To już piąta ofiara.
Papierosowy dym tworzy w ciasnym, brudnym zaułku istną mgłę. Policjanci krzepią się brandy. Nic się nie zgadza.
Dwa kilometry dalej, w lepszej dzielnicy, stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, dzwoni telefon. Niski człowiek w płaszczu przez chwilę siedzi w bezruchu. Zgodnie ze swoją zasadą, najpierw kończy palić carosa, a dopiero potem odbiera.
- Słu-cham?
- Czy to Agencja Detektywistyczna Belewskiego?
- Może się zgadza, może się nie zga-dza. Zależy, kto mó-wi.
- Nie powinno Cię interesować prawdziwe nazwisko. Możesz mi mówić "Kojot".
- Dobrze, Ku-jon. Co byś kcia-ał?
- Nie bądź taki śmieszny, synek. Mam dla Ciebie robotę. Szumną i głośną. Słyszałeś o tych ostatnich morderstwach w Królisku?
- Kujon, kapciu je-den. To rejon mojej robo-ty. Jakże mógłbym nic nie wie-dzieć? Za kogo Ty mnie ma-asz?
- Zamilcz.
- Na tej Waszej górze zbyt przywykliście do robotnych wazeliniarzy jako podwładnych, pra-wda?
- Prawda. I tego samego oczekuję teraz. W grę wchodzą wielkie pieniądze.
- Przejdźże do rzeczy, Kujon-ku.
- Twoje zadanie jest proste, pyskaty bachorze. Wyśledź sprawcę. Jednego. Więcej nam nie trzeba. Nie zdradź nikomu tej informacji. Poza mną. A po sprawie spal wszystko, co wypracowałeś i zapomnij o wszystkim. My już będziemy wiedzieli, co z takimi informacjami zrobić. Czy to jasne?
- Ile zer, Kujon-ku?
-Okrągłe sześć.
- Masz to, Kujon-ku. Przyskrzynię nawet Rolfa von Apfelbauma, jeżeli zajdzie potrze-ba. Jakieś wymagania czaso-we?
- Nie. Bombę możemy spuścić z zaczepu w dowolnej chwili.
- No, tośmy się dogada-li. Pio-na.
- ...
- No przybij do słuchaw-ki!
- Do roboty... Dziwaku.
Koniec rozmowy.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, słychać kroki. Wynajmujący to pomieszczenie niski człowiek wstał od biurka, założył kapelusz i dziurawy płaszcz, schował do kieszeni zapasową paczkę swoich sygnaturowych carosów, po czym zabrał klucz. Wyszedł, zamknął drzwi i ruszył do miasta.
Królisko nie jest bezpiecznym miejscem. Dawny Dolnograd też takim nie był. Tą część jego historii "podrzędna metropolia", jak ją w stolicy się określa, odtworza do dziś znakomicie. Nie bez powodu właśnie tu Tygrysy Spirkina przez pewien czas miały swoją bazę. Każde zejście z głównej drogi jest niczym proszenie się o co najmniej guza. Dlatego też króliszczanie są twardzi i niezłomni jak nikt inny.
Kamil Chara Belewski nie był wyjątkiem. Od urodzenia tkwił w tym oceanie przemocy. Do tego z pochodzenia był Khmerem, co oznaczało nienawiść ze strony wszystkich środowisk. Ale on, mimo skromnych warunków fizycznych, był sukcesem natury, czuł się w tym zdegenerowanym środowisku jak ryba w wodzie. Sprytem pokonywał wszystkich. I to z taką przewagą, że spokojnie mógł pozostać przy swojej bucie, pysze i pogardzie wobec wszystkiego i wszystkich.
Dwadzieścia minut później stary samochód parkuje na osiedlu Igańsk. W normalnym mieście policja nakazałaby natychmiast zaprzestać kierowania takim gratem. Tutaj jednak stróżowie prawa (czy też gwarowo: "stróże prawa") sami posiadali niewiele lepsze pojazdy. Na miejscu zbrodni owi stróżowie właśnie kończyli swoją pracę w terenie. Wśród nich był przyjaciel Belewskiego, Rafał Łaka-Łakowicz.
- Łaka-Łaka, mój pszyjasie-lu!
- Belka? Cio Ti tu robiś? - odrzekł Łaka-Łakowicz swym sambańskim akcentem.
- Badam sprawę tych morderstw, tak jak i Wy-y.
- Mi bardziejj kręcimi się w kółko, anizieli jją badami.
- Co przez to rozu-miesz?
- Nić tu się nie zgadzia. Ofiari, miejjścia, metodi...
- Też to zauważyłem, czytając pra-sę. Najpierw powieszona za nogi na słupie wysokiego napięcia w szczerym polu emerytka, potem zadźgany w elektrowni gimnazjalista, następnie otruty i spalony w swoim domu brodryjski pop, później pobita na śmierć w pracy kelnerka, a te-raz...
- A teraź pośtsieloni w ziaułku Kuć. Naziwał się Cieliestiuś Śparklewśki. Ź ziawodu... meniel, ziebrak i parkowi pijjak i ksikać. Tiu mam źdjjęcia. - co powiedziawszy, wyjął z kieszeni fotografie.
- Hym, hym, hym-mmmm... Tatuaż na tyłku, kolorowe włosy, te cudaczne rękawice-kopy-ta... Nie ma wątpliwości, Kuc-c. Co jeszcze o nim wiado-mo?
- Nia razie tilko tile...
- Poważ-nie? Chyba żartu-jesz...
- W ziasiadzie... Jjeśt jjeście coś, ale to... Nie, ziapomnijj o tim.
- Łaka-Łaka, mój pszyjasie-lu... Wiesz chyba, jakie mam meto-dy? Wszy...
- Wsiśtkie śladi mogią źmienić bieg śprawi. - dokończył policjant za detektywa. - Dobzie, powiem. Źnaleźliśmi jjednią zieć łońciącią wsiśtkie ofiari.
- I cóż to jest-t?
- Źniaś takią giazietę dla kobiet jak "Wialeńka i zicie"?
- Znam-m.
- Wsistkie ofiari miałi w śwoich horośkopiach na zień śmierci tio siamo źdanie: "Unikiaj niepotsiebnich diśkuśjji".
- A kto tracił czas na sprawdzanie czegoś takie-go?
- Nikt, po prośtu jeśtem wielkim fanem horośkopiów i ziauwaziłem to psipadkiem. Bo wiziś, u niaś w Siambanie...
- Hym, hym, hym-mmmm... Zawsze to jakiś początek. Dzięki.
- Nie ma zia cio. Ziawsie psiecieś Twojja robotia bardzio ułatwia nasią. Tio jjeśt układ  wiąziani.
Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie, po czym każdy odjechał w swoją stronę. Kamil skierował swój rozsypujący się wóz w stronę jednej z podrzędnych dzielnicowych spelun, miejsca związanego z czwartą ofiarą. Zaparkowawszy za jednym z wielkich śmietników, celem ukrycia pojazdu przed złodziejami, Belewski otworzył i przekroczył drzwi prowadzące do "Mamuta".
Momentalnie po wejściu uchylił się odruchowo przed wyrzuconym w jego stronę kijem do bilarda. Kilku śmierdzących tandetnymi papierosami przedstawicieli klasy robotniczej najwyraźniej grało na pieniądze. Detektyw usiadł przy barze. Rozglądał się przez chwilę po lokalu, po czym łupnął pięścią w blat i wrzasnął:
- Bar-man!
- Dziewczynki wychodzą dopiero po dziesiątej! - odkrzyknął głos z zaplecza.
- Mnie wystarcza konto pre-mium! Polewaj no-o!
To zdanie wywabiło właściciela-barmana do klienta.
- Frajer. Czym chcesz  się nawalić, o rękawiczniku?
- Daj no bran-dy. I powiedz no mi-i... Nie szukasz może nowych pracowników?
- Skąd taki pomysł?
- Bo nie tak dawno temu straciłeś jedną kelner-kę. I nerwy na tłumaczenie się przed są-dem.
- I tak chciałem ją zwolnić. Myliła zamówienia, darła się na klientów, w tym grube ryby, wykręcała się od tańczenia, a o robocie w pokoju w ogóle nie było co przy niej marzyć. Czara goryczy sie przelała, kiedy wyrzuciła za drzwi tą byłą wróżkę. Na szczęście ktoś mnie wtedy wyręczył i ją zatłukł.
- Wróż-kę?
- Tą dawną sławę, wróżkę Regelindę. Odkąd jakaś katolicka dziennikarka podburzyła cały świat przeciwko niej, popadła w ruinę fizyczną i psychiczną... no i pija od tej pory tu, bo daję babom 30% zniżki. Traci całą wypłatę z tego głupiego czasopisma, do którego pisuje horoskopy...
- A po co taka zniż-ka?
- Bo one omijają takie miejsca, wiesz o tym?
- Wie-em. Też żyję w tym mieś-cie.
- A to kobiety w tej dzielnicy mają pieniądze, bo faceci przepuszczają je na wódę i dziewczynki. Więc, jako myślący biznesmen, postanowiłem uderzyć do zamożniejszej klienteli. Wśród tych patusów nietrudno znaleźć osoby, które dadzą się powieść na pokuszenie...
- Rozu-miem.
- To ile tego brandy?
- Rozmyśli-łem się. Narka, businesma-nie.
- A idź ty w...
Kamil udał się w kierunku wyjścia, po drodze znowu odskakując z toru lecącego kija bilardowego. Postanowił teraz prześledzić informację, którą wysępił od barmana.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, słychać stukanie w klawisze. Wynajmujący to biuro detektyw przeszukuje sieć (na Wi-Fi stowarzyszenia studenckiego korzystającego z sąsiedniego pomieszczenia) w poszukiwaniu artykułów o wróżce Regelindzie. Ku swojemu średnio wysokiemu zaskoczeniu, dowiaduje się, że te "hejterskie pamflety", jak określała to część komentujących, pisała pierwsza ofiara, pod sam koniec swojej dziennikarskiej kariery. Po upadku Regelindy przeszła na emeryturę.
Kolejnym krokiem było sprawdzenie trzeciej ofiary, popa. W tym celu Kamil udał się na mszę na osiedlu brodryjskich uchodźców-republikanów, którzy zamieszkali tu po dobrowolnym odjeździe z Brodrii, gdy ta stała się monarchią. Stanął sobie z tyłu i czekał na koniec. Po obrzędzie przepytywał wychodzących wiernych. Ci traktowali go jednak wrogo, zwłaszcza, gdy wspomniał nazwisko ich zmarłego duszpasterza. Jedynie jedna staruszka z nim chwilę porozmawiała.
- ...Więc, czy było coś niecodziennego w zachowaniu księdza ostatnimi cza-sy?
- Nie. Jak zawsze krzyczał na panny młode w ciąży, pijaków, młodzież, dziadujących ofiary, opuszczających różańce... Ganił ich swoją ususzona prawicą... Ale... była jedna dziwna rzecz już po jego śmier-... - urwała w pół zdania.
- Ta-ak?
- Miałam nie rozpowiadać... Ale... Spalone ciało było... dziwne. Nie dało się go niemal zidentyfikować. Ostatecznie zrobiono to po odciskach zębów.
- A badania DN-A?
- Panie, kogo tu na to stać?
- Czy ksiądz miał jakąś rodzi-nę?
- Nigdy nie chciał o tym rozmawiać.
- Rozu-miem. Dzięku-ję.
- I jeszcze coś.
- Ta-ak?
- Czy słyszał Pan o tym, że policja znalazł u niego jakieś gazety?
- Ow-szem.
- A wie Pan może, jakie? Cała parafia o tym plotkuje. Bo wie Pan, ciągle jakieś paczki do niego przychodziły... I kurier się śmiał, że stary pop, kawaler, a takie rzeczy zamawia...
- Niestety, nie wiem-m. Raz jeszcze dziękuję za rozmo-wę. Do widze-nia.
Belewski wracając do domu, sporo rozmyślał. Pierwszy dzień działań był bardzo udany.
Drugiego skierował się na osiedle robotnicze. Na ławce w "parku" siedzieli śmierdzący papierosami mężczyzna i płacząca kobieta. Pod konstrukcją leżała butelka wódki. W pewnym momencie facet wrzasnął:
- Zamknij się wreszcie, babo! To dla wszystkich trudne, a ty tylko wkurzasz pół osiedla! - po czym wziął zamach pięścią. Kobieta zasłonił twarz rękami. Ale nie uderzył, bowiem spostrzegł, że ktoś się zbliża.
- A ty tu czego... O, ohohohoho! Czy to nie sam "koleś z kontem premium"?
- Ta-ak. Pozwoli Pan, że się przedsta-wię. Jestem Kamil Chara Belewski, dete-ktyw. Szukam sprawcy tych tajemniczych zdarzeń w mieście z ostatnich miesięcy i dlatego chciałbym zapytać, czy nie zechce się Pan ze mną podzielić informacja-mi?
- Stąpasz po cienkim lodzie...
- Proszę mi powiedzieć wszystko, co Pan wie o Tomaszu Wróblu. - słysząc to, kobieta ponownie się rozpłakała.
- Jestem jego ojcem... - mężczyzna zacisnął zęby. W jego oku detektyw dostrzegł łzę. - I nic nie wiem. Już tłumaczyłem to pałom. Tomka nie było całe dnie w domu. A jak przychodził, to nawalony i pyskaty. Pas nic do niego nie przemawiał. Zresztą, jakieś dwa miechy przed... - znów z oka faceta poleciała łza - ...zaczął chodzić na siłownię. Pewnie chciał zlać swojego starego, cholernego patusa i kata... Idź sobie. Ale jeżeli czegoś się dowiesz, wróć tu. Inaczej... - po raz trzeci mężczyzna zapłakał jedną łezką, po czym wziął tęgi łyk z butelki leżącej pod ławką.
Kamil wycofał się powoli. W głowie układał już rozwiązanie. Jak zwykle był cztery kroki przed stróżami prawa. Pozostało mu tylko czekać na telefon.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, dzwoni telefon. Niski człowiek w płaszczu przez chwilę siedzi w bezruchu. Zgodnie ze swoją zasadą, najpierw kończy palić carosa, a dopiero potem odbiera.
- I jak idzie?
- Kujonek, wi-taj! Już skończy-łem.
- Naprawdę? Heh, widać wybrałem właściwego człowieka. Kto jest winien?
- Miłośnik pewnej wróż-ki. Myślę, że skojarzysz nazwis-ko. Zwą go...
W tym momencie otworzyły się drzwi. Stał w nich winowajca, z pistoletem w lewej dłoni. Belewski odwrócił się do niego.
- A więc to ty-y... Wiedzia-łem.
- Tak, to ja. Jesteś cwany, Belewski. Pewnie myślisz, że mnie całkiem rozpracowałeś?
- Zgadza się-ę. Uwielbiasz Regelindę, przyz-naj.
- Uwielbiam? Ha, ja jestem jej największym miłośnikiem! Nie ma słów, które by opisały mój stosunek do jej omniniesamowitej osoby! Ale ten papajski babsztyl ośmielił się podnieść na nią pióro... Musiałem pomścić moją boginię... Ale to nic nie pomogło! Prasa w ogóle nie zwróciła uwagi na Regelinię! Wtedy to...
- ... Zacząłeś realizować jej horoskopy, żeby motłoch znów w nie uwie-rzył?
- Tak. Ludzkim truchłom tabloidy zawsze poświęcą miejsce. Musiałem tylko czekać, aż któryś dziennikarzyna znajdzie powiązanie między ofiarami. Ale oni są strasznie tępi... A teraz ty chcesz mi przeszkodzić w mojej misji! Nie mogę na to pozwolić... A zwłaszcza patrząc po Twoim horoskopie na dziś...
- I uważasz, że tak łatwo mnie dor-wiesz?
- Już cię dorwałem... - rzekł złoczyńca, szeroko się uśmiechając.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, rozlega się wybuch. Jest on niewielki, ale wystarcza do pozbawienia życia detektywa wynajmującego to biuro. Bombka była umieszczona w telefonie.
Następnego dnia policja bada to miejsce. Sprawcy nikt nie widział, gdyż o tej porze nikogo na piętrze nie było. Nie ma też mowy o nagraniach z monitoringu, ponieważ właściciel na niego sępił, i jak się okazuje, wyłączał go codziennie na co najmniej pół dnia, mimo prawnych wymagań. Jak się okazuje, Kamil Belewski spodziewał się, że może nie wyjść ze sprawy cało. W biurku znaleziono jego notatkę. Napisał w niej dwa krótkie zdania: "Twoja kolej, drogi czytelniku. Kimkolwiek jesteś - zanieś światu prawdę. ~Kamil Chara Belewski ".
Kto więc jest winny?
Czekamy na odpowiedź, czytelniku.

Praca na konkurs Komisarza ds. Kultury i Sportu na "Najlepszego Bialeńskiego Pisarza".

2. "Złota kronika SiB" Poziom: liceum, wydawca: Ministerstwo Edukacji Narodowej, autor: Michael Amadeusz Rutzeldorf

Cytat:ZŁOTA KRONIKA SIB

Przedmowa:

Żyję w SiB już wiele, wiele lat. Przez cały ten czas nie brakowało ciekawych i zabawnych sytuacji, szczególnie na początku działania naszego kraju. Santania i Burgia tak jak człowiek - z czasem dopiero nabierała powagi i dostojności. Jej początki, szczególnie z aktualnej perspektywy, wydawać się mogą Państwu groteskowe i przezabawne i natualnie takie były. Chciałbym jednak zauważyć, że wiele się od tej chwili zmieniło, wiele postaci ewoluowało w formę doskonalszą. To dzieło zatem nie jest formą wyśmiania czegokolwiek i kogokolwiek, a jedynie kroniką, skarbnicą zabawnej wiedzy o SiB, której w ciagu tych wszystkich lat nieco się nazbierało. Jeżeli ktokolwiek poczuł się urażony podanymi tutaj treściami, proszę o wybaczenie, gdyż nie było to moja intencją. Gwarantuję również Państwu, że wszystkie podane tutaj wypowiedzi realnie znajdują się nadal na starym forum RSiB i chętni mogą nadal poszukać ich w meandrach forumowych zawiłości. Pierwszą zasadą mojej pracy była rzetelność. Co jest zatem celem tej publikacji? Pojawienie się uśmiechu na Państwa twarzach i łezki nostalgii w oczach starych bywalców. Mam nadzieję, że Państwu, jak i mnie, towarzyszyć będzie podczas lektury nastrój właśnie komediowo-nostalgiczny.

Niemniej, nie przedłużając, zapraszam do lektury, która powinna powstać juz dawno, dawno temu.

Autor,
Michael Amadeusz Rutzeldorf

ZŁOTA KRONIKA SIB
Pisownia oryginalna

"Chcialabym powiedziec, ze nasz kochany krol ukradl osobiscie moja bizuterie z sejfu. Moja sluzaca to widziala. Na szczescie zdazyla mi o tym powiedziec nim ja zamordowano. Prosze o oddanie bizuterii i o odpowiednia kare dla krola.” Gleriana Roberson

„Chcialabym powiedziec, ze nasz kochany krol ukradl osobiście moją biżuterie i pieniądze z sejfu!!! Oraz kiedy wychodził zabił moje dwa psy i kota!! proszę o wysoki wyrok!!!” Genowefa Dzban

„i co sie zalamujecie! jestem jej sasiadka i widzialam jak krol przejezdza Maksia” Genowefa Dzban

„moim zdaniem pani gleriana roberson mówi prawdę!!!
jestem jej sąsiadką i widziałam jak król uciekał z jej domu i trzymał w ręku pudełko !! jak wyszlam na dwór zobaczyłam złoty pierścionek!! i to wszystko jest prawda!! nawet widziałam jak zabijał drugą sąsiadkę” Genowefa Dzban

„W marzeniach. Juz nigdy tu nie wroce, bo to panstwo jest POPAPLANE. I jeszcze jedna uwaga do krola. OGOL SIĘ, BO MASZ BRODĘ JAK SW. MIKOLAJ!!!” Gleriana Roberson

„(…) król zabił mojego maksia!!!!” Genowefa Dzban

„Cristian Flachbett:
A w ogóle... kto to jest Maksiu, bo nie wiem...
Michael Amadeusz Rutzeldorf:
Wspaniały jamniczek, rasowy oczywiscie. Trzeba nie mieć serca żeby takiego zabić .”

„Ale to przecież twoja "siostra"! Nie zrzucaj na nią winy, bo wszyscy wiemy kto w tym domu rozrabia !„ Michael Amadeusz Rutzeldorf do młodego Cristiana Flachbetta

„Michael Amadeusz Rutzeldorf:
Nienaganne maniery Araminthy świetnie pokazuje jak ja potrafię wychowywać dzieci.
Cristian Flachbett:
No naprawdę... jedną na liderkę partii a'la Palikot, drugiego na króla...”

„(…)Gdyż nie chcę żyć w kraju, którym rządzi ktoś taki jak pan, panie Michaelu Amadeuszu Rutzeldorfie "Skarżypyto".” Cristian Flachbett

„Nikt mnie nie lubi, wszyscy mnie nienawidzą, nie dają mi jednego procenta w termometrze lubienia się” Cristian Flachbett

„jan hoth.pdf


Nie wiem, czy będzie działać, bo mam to w PDF” Cristian Flachbett

„Cristian Flachbett:
Sory, że słaba widoczność, ale doczytać się da.
Michael Amadeusz Rutzeldorf:
Panie Flachbett pan ma chyba obywateli za idiotów. Jak na moje to poprostu wklejony tekst co zreszta widać. Nie no gratulować i stopy całować. Został pan mistrzem paint'a.
Bartłomiej Ajattelu:
No nie mogę Flabett teraz to żeś dowalił ten tekst jest tak perfidnie wklejony że nawet moja babcia by się poznała,teraz to już się kompletnie skompromitowałeś.
Cristian Flachbett:
Dobra, przyznam się, że to był wklejony tekst. Moja wina. Dajcie mi karę dożywotnią lub śmierci.
David Kovacs:
Ale fotomontaż dobił mnie psychicznie.”

„A ludzie dajcie mi spokój. Sądzie, sądź mnie już!!!” Cristian Flachbett

„kurczę mać, przyznaje się. Bo do kurwy nędzy chciałam tego geja Bartka zamordować. Mechanika zabiłam tak sobie..” Aramintha Gillia

„Aramintha Gillia:
WitamBig Grin jestem Aramintha GilliaBig Grin pochodzę z rutzelburgu i jestem nieślubną córką Michaela AmadeuszaBig Grin
Cristian Flachbett:
Co????
Aramintha Gillia:
No moja matka - Robyn Scherbatsky Mówiła mi , że mamy wspólnego ojcaBig Grin. Moja matka mi mówiła, że kiedyś się przyjaźniła z twoją i cosam costam... Więc witaj bracie!
Cristian Flachbett:
Witaj.... siostro.... 0_0
Aramintha Gillia:
och! jk iło, że zaakceptowałeś mnie jako siostrę<3
Cristian Flachbett:
Ta….. 0_0
Aramintha Gillia:
:**<3 jak się cieszę, że mam braciszka!<3 ioe ty wgl. masz lat?
Cristan Flachbett:
[przeżywa nadal szok ]
Michael Amadeusz Rutzeldorf:
Ja chyba zawału dostanę.”

„Program partii:
1. Znieść króla.
2. Wywalczyć marihuanę, wódę i inne.
3. Rozpier****ć PPD i SKP .” Aramintha Gillia

„RPG poprze w wyborach prezydenckich Krycha Flachbeta. To znaczy Cristiana.” Aramintha Gillia
„Cassis Detroyel:
no teraz juz nie udawaj! grr...;c i przez twoją 'głuchotę' ostrzeżenie dostałam i porzyciłeś mnie z dzieckiem! takiego macie króla...
Cristian Flachbett:
Wybaczyłem ci i nadal cię kocham i nigdy nie porzucę.
Michael Amadeusz Rutzeldorf:
Czuję sie jak w brazylijkiej telenoweli..”


„Genowefa Dzban:
I oczywiscie krol sie dolacza, prawda?
Cristian Flachbett:
Do czego? Do grona zacnych osób, które były w Kościanie?” odnośnie oskarżenia Cristiana Flachbetta o kradzież i morderstwo (w wątku o procesie padły trzy facepalm’y)

„Nie chcemy kraju marihuany, wódy i piwa.” Cristian Flachbett podczas debaty

„Wasz "konserwatyzm" to istny faszyzm. Wszystko wokół "rodowitych" Santanów.” David Kovacs (deja vu? Smile)

„Very HappyVery HappyVery HappyVery HappyBig GrinCzyli ojczulek nie xyjeBig GrinVery HappyVery HappyVery HappyVery Happy?” Aramintha Gillia o domniemanej śmierci Michaela Amadeusza Rutzeldorfa

„hmm... nie ogarniam...;c muszę sie spytać mojej babki...” Shopie Jackson w odpowiedzi na pytanie o przynależność partyjną.

„Niektórzy ludzie z Burgiogradu ok. godz. 12:30 idą do kościoła mimo iż jest on zamknięty. Kiedy próbują otworzyć drzwi kościelne, a te ani drgną, całują oni klamkę wcześniej przez nich samych wytartą białym ręcznikiem. To znak oddawany ku czci św. Maurycego Burga, który był proboszczem jednej z burgiogradzkich parafii i nie mógł otworzyć kościoła.” Cristian Flachbett

„Proponuje by chodnik był płatny koło siedziby ministerstwa (150 rików),toaleta (50 rików), fotele w holu ( 20 rików) itd. Myślę że szybko się na tym ministerstwo z bogaci.” Bartosz Ugledan o polityce MKiS

„co kryje się pod szyfrem TRV? Telewizja Rolnicza Victorii?” Franciszek Hoth-Habsburg

„Proponuje to przenieść do działu "Rozrywka"-"Gry i zabawy"” Ryan Almonde o demonstracji antyrządowej

„MICHAŁ TYRANIUS RUTZELDURFUS!” Cristian Flachbett


„Janusz Korwin Mikke na prezydenta, Janusz Palikot na premiera” Ryan Almonde

„Jeśli uzna to Pan za stosowne, to jedynie może Pan zrobić kupę w majtki.” Frederick von Stutthof

„Pragnę też zaznaczyć, że kolejny raz członkiem jakiejś afery kompromitującej nas w mikroświecie jest NIKOLAI PETROVIĆ. Najchętniej zabrałbym wiatrówkę, obrał sobie za cel np. głowę, potem nogę, potem oko i strzelał. Tylko proszę, nie dziel się z nim moimi marzeniami. Musimy coś z tym i z NIM zrobić!!!” Cristian Flachbett

Cytat-komentarz do całego istnienia SiB:

„Co się dzieje w tym kraju?” Michael Amadeusz Rutzeldorf


Już teraz zachęcam do czytania! Z wyrazami szacunku i podziękowaniami dla autorów,

Frederick Martin Hufflepuff
______________________________
Wiceprezydent Bialenii, polityk, dziennikarz,
ojciec-założyciel Santanii i Burgii,
redaktor naczelny gazety "wBialenii", Lider partii Wspólnota Rozwoju, były Wiceminister Edukacji Narodowej, kandydat na prezydenta RB
dr net. prawa, prof. nadzw. UB
[Obrazek: fmg07.jpg]

Najczcigodniejszy, Doskonałej Chwały, Elokwentny, Inteligentny Dzierżawca Nauk, Ocean Mądrości
Odpowiedz
#2
Frederick Hufflepuff - dnia: 27 Wrzesień 2015, 14:48:29

3. "Wykłady wygłoszone na Uniwersytecie Królewskim im. Budzimira I w Zjednoczonym Socjalistycznym Królestwie Hirshbergii i Weerlandu - wybrane" Poziom: liceum, wydawca: Ministerstwo Edukacji Narodowej, autor: król Ametyst (Faradobus)

Cytat:Wykład "Hirschberski etos handlu" króla Ametysta, 17 sierpnia 2015 r.


Kilka dni temu uznałem za stosowne udać się na posiłek do jednej z restauracji w moich rodzinnych Gorkach. Staram się być człowiekiem prostym i skromnym, prawie tak jak Wielki Sternik, a zatem nie pozwoliłem traktować się inaczej niż reszta obecnych tam braci w Ludzie Szlacheckim. Tuż przede mną stał człowiek, który zapewne chciał zamówić cztery sztuki naszych narodowych Kartoffelplätzschen. Po chwili zauważyłem, że zapłacił tyle loli, ile kosztują cztery porcje tej zacnej potrawy i zapewne otrzymał nie cztery, a szesnaście sztuk. Co z nimi zrobił? Nie mam pojęcia i szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodzi. Mimo to, choć możecie mi nie wierzyć, ta banalna z pozoru historyjka jest kluczem do zrozumienia źródeł potęgi gospodarczej Hirschbergii i jej szczególnej pozycji wśród ziem naszego socjalistycznego dziś Królestwa. Jak to możliwe? Co właściwie jest tego przyczyną i co to ma wspólnego z Kartoffelplätzschen? Odpowiedź postaram się Wam dać w czasie tego spotkania, które będzie poświęcone zarówno kwestiom kulturowym, jak i ekonomicznym i politycznym. Zacznijmy od wykresu:



Przedstawia on współczynnik znaczenia eksportu towarów dla gospodarek poszczególnych guberni. Widać wyraźnie, że w przypadku Królewskiej Guberni Hirschbergii jest on zdecydowanie najwyższy. Również bardzo wyraźni jest udział eksportu z KGH w eksporcie ogólnokrajowym.
W mojej opinii nie wynika to tylko z faktu, że region stołeczny jest swego rodzaju halą montażową Królestwa, a KGH to także dwa porty: morski i rzeczny. Owszem, te czynniki są istotne, ale przecież cała gospodarka Weerlandu opiera się w znacznym stopniu na wydobyciu węgla i sprzedaży większej jego części do innych części ZSKHiW i za granicę. To potężny proceder i jeden z filarów gospodarki ogólnopaństwowej. Dlaczego więc jednak Hirschbergia? Macie piętnaście minut na spory narodowościowe, potem wracamy do zajęć.

Studenci wraz z wykładowcą udają się na kilkunastominutową potyczkę na podwórzu. Część z nich zostaje zabranych do szpitala, reszta powraca do sali wykładowej.

Towarzysze,

musi być więc coś jeszcze, co pozwoliło Hirschbergom zyskać szczególną pozycję przodujących eksporterów. I ja wiem co to jest i ja Wam powiem: chodzi o wzorce i uwarunkowania kulturowe! O tradycję i narodowe zwyczaje!

Nasz Lud Szlachecki to co najmniej kilka narodów i jeszcze większa ilość ludów, plemion oraz mniejszych społeczności. Powszechnie wiadomo, że to Hirschbergowie są najbardziej światli i najlepiej wykształceni, a więc stanowią największy procent naszych studentów. Mimo to siłą rzeczy są wśród Was przybysze z innych zakątków ukochanej monarchosocjalistycznej ojczyzny, a nawet postępowi mieszkańcy krajów zagranicznych. I chyba to właśnie Wy - postronni najlepiej zrozumiecie moją myśl. Zapewne zauważyliście, że KGH i jej wszystkie miasta, a nawet wsie to jakby jeden wielki bazar, na którym można kupić właściwie wszystko, a z tego wszystkiego większość jest do życia zupełnie niepotrzebna. Człowiek przybywający do naszej centralnej guberni może być pewien, że wyjedzie zaopatrzony w ogromne ilości takich właśnie zbytecznych przedmiotów, za to pozbawiony niespodziewanie dużego procentu posiadanej przy wjeździe gotówki. Człowiek przyjeżdża do stolicy i opędzić się nie może od przekupek, straganiarzy, robotów handlowych, paserów, akwizytorów i innych bohaterów rodzimego handlu. Panuje słuszny stereotyp, że prawdziwy Hirschberg potrafi każdemu sprzedać byle co za kosmiczne pieniądze i mało kto potrafi się przed tym uchronić. Nie bez powodu moi rodacy są nazywani Rajńczykami Orientyki.
     
Oczywiście przyczyn tego zjawiska należy szukać pośrednio także w tym, że Hirschbergia to centrum v-światowego podróbkarstwa oraz region posiadający dostęp do znacznej ilości złóż, chociażby cukru. Dostatek towaru i obecność dużej, zwłaszcza w porównaniu do innych i mniej dostępnych części ZSKHiW, liczby potencjalnych klientów możemy uznać za tylko i aż  fundament, który pozwolił na ukształtowanie się Hirschbergii jako handlowej potęgi.

To dobry moment, aby powiedzieć kilka słów o pewnym ciekawym zjawisku, którego siłą rzeczy musieliście być co najmniej obserwatorami, a najpewniej także czynnymi uczestnikami. Wraz z ukształtowaniem się narodowego modelu Hirschberga-kupca powstał tu zawód unikalny w skali V-Świata i, co ciekawe, choć rzadki to bynajmniej nie ginący. Mowa o antykupcach, zwanych przez Hirschbergów verpissdichmannami. Ludzi tej profesji spotkać można na targach, na lotniskach, dworcach, hotelach dla zagranicznych gości oraz we wszystkich tych miejscach, o których wiadomo że będą tam frajerzy nasi mili przyjezdni. Choć mamy już dwudziesty pierwszy wiek to verpissdichmann jest chyba jedynym skutecznym sposobem na uniknięcie niepotrzebnych zakupów i pozbycie się natarczywych kupców. Z przyczyn oczywistych zajęciem tym trudnią się głównie charyzmatyczni młodzieńcy o dużej sprawności fizycznej, a co bardziej kreatywni posługują się różnorodnymi narzędziami. Władze guberni i poszczególnych gmin z chęcią wspierają przedstawicieli tej zacnej profesji, którzy są elementem narodowego dziedzictwa i skarbem kultury. W całej Hirschbergii organizowane są regularne konkursu odganiaczy połączone z masowymi targami.
Z badań, które przeprowadziłem korzystając z kronik i innych źródeł historycznych wynika, że pierwsi verpissdichmanni pojawili się w okresie pełnego kształtowania się hirschberskiej tożsamości, a więc w czasach króla Gromosława Srogiego.

Wracamy jednak do zasadniczego tematu niniejszego wykładu. Przed chwilą mówiłem o wpływie hirschberskich wzorców kulturowych na sposób prowadzenia działalności handlowej na terenie KGH i na jej wysoką skuteczność. Zacząłem jednak od eksportu i pora, abym jakoś spróbował połączyć te zagadnienia i luźne rozważania w tezę. Otóż jestem zdania, że hirschberska kultura handlu w ogromny sposób przyczyniła się prowadzenia przez władze określonej polityki nastawionej na eksport właśnie. Skoro cała Hirschbergia, a dziś w pewnym sensie (pozwolę sobie zaryzykować takie uogólnienie) cały Lud Szlachecki to jakby jeden organizm, to powinien w jedności działać tak jak jego części składowe. Siłą rzeczy więc tak jak przeciętny Hirschberg stara się sprzedać postronnemu byle chłam za koszmarne pieniądze, tak cała Królewska Gubernia Hirschbergii eksportuje swoje największe skarby: podróbki, szkotlandzki bimber, towary spod lady, cukier, gołębie pokoju, hirschberskie kury i karabiny maszynowe do innych krajów V-Świata, który cały traktujemy jak jednego wielkiego potencjalnego klienta.
Zapytacie, Towarzysze, czym mogę podeprzeć swoją ekonomiczno-kulturową teorię? Czy oby nie jest ona efektem nadużywania wspomnianego już szkotlandzkeigo bimbru? A ja powiadam Wam, że nie! Spójrzcie na Bramę Rzeżuchy – czyż istnienie tego portu nie jest dowodem na to, że Hirschbergię należy traktować, z ekonomicznego punktu widzenia, jako podmiot eksportowy? Dodajmy do tego teraz port rzeczny i całą żeglugę na Rzeżusze, przemyt za Linię Kazimierza i przez Step Wewnętrzny, na nieodłączne bazary i kwitnące spamportale aukcyjne.


Wykład "Bloki mieszkalne jako rezydencje miejskie warstw wyższych Ludu Szlacheckiego" króla Ametysta, 19 września 2014 r.


Towarzysze,

witam serdecznie na kolejnym z moich wiekopomnych wykładów poświęconych kulturze szlacheckiej ZSKHiW. Prawdę mówiąc wszystko to to jest efekt badań Arkadiusza, a ja tylko wygłaszam i podpisuję swoim nazwiskiem. Referat stanowi podsumowanie moich długoletnich badań, zapewne przełomowych. Objęły one zagadnienia związane z rezydencjonalnym wykorzystaniem bloków z tak zwanej wielkiej płyty. Zjawisko to występuje przede wszystkim w Hirschbergu i innych nielicznych większych miastach naszego kraju, choć nie wykluczam że problem dotyczy także miejscowości poniżej stu tysięcy mieszkańców (chociaż często są to miasta tylko z nazwy).

Przytoczmy wpierw kompromisową definicję bloku:

Blok – luksusowy obiekt mieszkalny, posiadający nie mniej jak cztery-sześć pięter, w przeciwnym urzędnicy Ludu Szlacheckiego klasyfikują budynek jako kamienica. Bloki zaczęły powstawać na terenie państwa hirshbersko-weerlnadzkiego po proklamowaniu republiki ludowej przez Ferdynanda Faradobusa.

      Wypada stwierdzić, że interesować będą nas bloki powstały od lat osiemdziesiątych wieku XX datacji południowej, czyli środkowego okresu funkcjonowania LDR-N, aż po czasy współczesne. Oczywiście nie możemy mówić o użytkowaniu jako rezydencji szlachty nienormalnej bloków przeznaczonych dla hoło... dla mas pracujących. Tych to tatuś miał w dupie. Nie ma znaczenia wielkość obiektu: w zależności od zamożności, potrzeb i pozycji właściciela, bogatsze warstwy zasiedlały bloki bardziej luksusowe, acz różnej wielkości.

    Hirschberskie , ale także weerlandzkie warstwy wyższe, mam tu na myśli zarówno potęgi rodowe, jak i mniej lub bardziej znaczących oligarchów i miejscowych bonzów, jeszcze w czasach przedkrólewskich zwykły mieszkać nie tylko w rezydencjach wiejskich, ale zasiedlały licznie grody. Z czasem mamy do czynienia z przejęciem z zagranicy idei budowy rezydencji miejskich, które czasami miały formę kamienic, a czasami pałaców i w tym sensie niewiele różniło się to od zwyczajów elit innych państw Orientyki. Przełom nastąpił w czasach wieczystej prezydentury króla Ferdynanda, kiedy to różnymi, lecz zawsze uczciwymi metodami urzędnicy związani z Partią uzyskiwali mieszkania w blokach ludowych. Oczywiście w wielu przypadkach dobro ludu pracującego wymagało, by dany towarzysz zajął więcej niż jedno mieszkanie. Początkowo Władza Ludowa przyznawała takowym na przykład kilka lokali, co z czasem prowadziło do przejęcia na potrzeby przedstawicieli klasy zarządzającej całych budynków. W latach dziewięćdziesiątych była to już szlachetna reguła.

W przeciwieństwie do wielu innych genialnych pomysłów Tatusia, elyty monsocjalu zwyczaj ów zachowały, również ze względów ekonomicznych. Duża ilość dobrze zachowanych bloków, nierzadko budowanych na potrzeby warstw rozkazujących, pozwoliło uzyskać miejską rezydencję znacznemu procentowi tak zwanej szlachty nienormalnej, do których zaliczamy nie tylko przedstawicieli centralnych i lokalnych władz, ale także środowisk z nimi związanych: biznesmenów, pracowników sektora publicznego, działaczy publicznych, wodzów mafijnych etc.

      Teraz trochę o praktyce. Niezależnie od wielkości obiektu, prywatne apartamenty właściciela obejmują zazwyczaj od jednego do czterech pięter. Oczywiście osobne etaże przeznacza się na sypialnie masowe szlachty służebnej, pokoje gościnne, kuchnie, magazyny, a także tworzy się specjalne piętra wucetowe. Można śmiało postawić tezę, iż rezydencjonalne wykorzystanie bloków z wielkiej płyty w praktyce niewiele różni się od funkcjonowania tradycyjnych pałaców.

      Kończąc należy stwierdzić, że tendencja ta jest stała, a wykupowanie przez warstwy elitarne jest wciąż tak samo popularne. Co więcej tradycja ta wpisała się trwale w kulturę Ludu Szlacheckiego zwłaszcza na terenie Królewskiej Guberni Hirschbergii oraz Ziem Zachodnich, zaś w Weerlandzie dotyczy przede wszystkim większych miast. Co więcej: niejednokrotnie bloki pełnią funkcję siedzib instytucji (vide Dom KRPW w Zlewni) oraz wielkich korporacji, zastępując wszeteczne południowe biurowce. Częste jest wykorzystywanie dawnych bloków mieszkalnych jako hoteli.
dr net. prawa, prof. nadzw. UB
[Obrazek: fmg07.jpg]

Najczcigodniejszy, Doskonałej Chwały, Elokwentny, Inteligentny Dzierżawca Nauk, Ocean Mądrości
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości