Prace ze starego forum
#1
Cytat:Maciej Kamiński "Wezwanie"

To już piąta ofiara.
Papierosowy dym tworzy w ciasnym, brudnym zaułku istną mgłę. Policjanci krzepią się brandy. Nic się nie zgadza.
Dwa kilometry dalej, w lepszej dzielnicy, stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, dzwoni telefon. Niski człowiek w płaszczu przez chwilę siedzi w bezruchu. Zgodnie ze swoją zasadą, najpierw kończy palić carosa, a dopiero potem odbiera.
- Słu-cham?
- Czy to Agencja Detektywistyczna Belewskiego?
- Może się zgadza, może się nie zga-dza. Zależy, kto mó-wi.
- Nie powinno Cię interesować prawdziwe nazwisko. Możesz mi mówić "Kojot".
- Dobrze, Ku-jon. Co byś kcia-ał?
- Nie bądź taki śmieszny, synek. Mam dla Ciebie robotę. Szumną i głośną. Słyszałeś o tych ostatnich morderstwach w Królisku?
- Kujon, kapciu je-den. To rejon mojej robo-ty. Jakże mógłbym nic nie wie-dzieć? Za kogo Ty mnie ma-asz?
- Zamilcz.
- Na tej Waszej górze zbyt przywykliście do robotnych wazeliniarzy jako podwładnych, pra-wda?
- Prawda. I tego samego oczekuję teraz. W grę wchodzą wielkie pieniądze.
- Przejdźże do rzeczy, Kujon-ku.
- Twoje zadanie jest proste, pyskaty bachorze. Wyśledź sprawcę. Jednego. Więcej nam nie trzeba. Nie zdradź nikomu tej informacji. Poza mną. A po sprawie spal wszystko, co wypracowałeś i zapomnij o wszystkim. My już będziemy wiedzieli, co z takimi informacjami zrobić. Czy to jasne?
- Ile zer, Kujon-ku?
-Okrągłe sześć.
- Masz to, Kujon-ku. Przyskrzynię nawet Rolfa von Apfelbauma, jeżeli zajdzie potrze-ba. Jakieś wymagania czaso-we?
- Nie. Bombę możemy spuścić z zaczepu w dowolnej chwili.
- No, tośmy się dogada-li. Pio-na.
- ...
- No przybij do słuchaw-ki!
- Do roboty... Dziwaku.
Koniec rozmowy.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, słychać kroki. Wynajmujący to pomieszczenie niski człowiek wstał od biurka, założył kapelusz i dziurawy płaszcz, schował do kieszeni zapasową paczkę swoich sygnaturowych carosów, po czym zabrał klucz. Wyszedł, zamknął drzwi i ruszył do miasta.
Królisko nie jest bezpiecznym miejscem. Dawny Dolnograd też takim nie był. Tą część jego historii "podrzędna metropolia", jak ją w stolicy się określa, odtworza do dziś znakomicie. Nie bez powodu właśnie tu Tygrysy Spirkina przez pewien czas miały swoją bazę. Każde zejście z głównej drogi jest niczym proszenie się o co najmniej guza. Dlatego też króliszczanie są twardzi i niezłomni jak nikt inny.
Kamil Chara Belewski nie był wyjątkiem. Od urodzenia tkwił w tym oceanie przemocy. Do tego z pochodzenia był Khmerem, co oznaczało nienawiść ze strony wszystkich środowisk. Ale on, mimo skromnych warunków fizycznych, był sukcesem natury, czuł się w tym zdegenerowanym środowisku jak ryba w wodzie. Sprytem pokonywał wszystkich. I to z taką przewagą, że spokojnie mógł pozostać przy swojej bucie, pysze i pogardzie wobec wszystkiego i wszystkich.
Dwadzieścia minut później stary samochód parkuje na osiedlu Igańsk. W normalnym mieście policja nakazałaby natychmiast zaprzestać kierowania takim gratem. Tutaj jednak stróżowie prawa (czy też gwarowo: "stróże prawa") sami posiadali niewiele lepsze pojazdy. Na miejscu zbrodni owi stróżowie właśnie kończyli swoją pracę w terenie. Wśród nich był przyjaciel Belewskiego, Rafał Łaka-Łakowicz.
- Łaka-Łaka, mój pszyjasie-lu!
- Belka? Cio Ti tu robiś? - odrzekł Łaka-Łakowicz swym sambańskim akcentem.
- Badam sprawę tych morderstw, tak jak i Wy-y.
- Mi bardziejj kręcimi się w kółko, anizieli jją badami.
- Co przez to rozu-miesz?
- Nić tu się nie zgadzia. Ofiari, miejjścia, metodi...
- Też to zauważyłem, czytając pra-sę. Najpierw powieszona za nogi na słupie wysokiego napięcia w szczerym polu emerytka, potem zadźgany w elektrowni gimnazjalista, następnie otruty i spalony w swoim domu brodryjski pop, później pobita na śmierć w pracy kelnerka, a te-raz...
- A teraź pośtsieloni w ziaułku Kuć. Naziwał się Cieliestiuś Śparklewśki. Ź ziawodu... meniel, ziebrak i parkowi pijjak i ksikać. Tiu mam źdjjęcia. - co powiedziawszy, wyjął z kieszeni fotografie.
- Hym, hym, hym-mmmm... Tatuaż na tyłku, kolorowe włosy, te cudaczne rękawice-kopy-ta... Nie ma wątpliwości, Kuc-c. Co jeszcze o nim wiado-mo?
- Nia razie tilko tile...
- Poważ-nie? Chyba żartu-jesz...
- W ziasiadzie... Jjeśt jjeście coś, ale to... Nie, ziapomnijj o tim.
- Łaka-Łaka, mój pszyjasie-lu... Wiesz chyba, jakie mam meto-dy? Wszy...
- Wsiśtkie śladi mogią źmienić bieg śprawi. - dokończył policjant za detektywa. - Dobzie, powiem. Źnaleźliśmi jjednią zieć łońciącią wsiśtkie ofiari.
- I cóż to jest-t?
- Źniaś takią giazietę dla kobiet jak "Wialeńka i zicie"?
- Znam-m.
- Wsistkie ofiari miałi w śwoich horośkopiach na zień śmierci tio siamo źdanie: "Unikiaj niepotsiebnich diśkuśjji".
- A kto tracił czas na sprawdzanie czegoś takie-go?
- Nikt, po prośtu jeśtem wielkim fanem horośkopiów i ziauwaziłem to psipadkiem. Bo wiziś, u niaś w Siambanie...
- Hym, hym, hym-mmmm... Zawsze to jakiś początek. Dzięki.
- Nie ma zia cio. Ziawsie psiecieś Twojja robotia bardzio ułatwia nasią. Tio jjeśt układ  wiąziani.
Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie, po czym każdy odjechał w swoją stronę. Kamil skierował swój rozsypujący się wóz w stronę jednej z podrzędnych dzielnicowych spelun, miejsca związanego z czwartą ofiarą. Zaparkowawszy za jednym z wielkich śmietników, celem ukrycia pojazdu przed złodziejami, Belewski otworzył i przekroczył drzwi prowadzące do "Mamuta".
Momentalnie po wejściu uchylił się odruchowo przed wyrzuconym w jego stronę kijem do bilarda. Kilku śmierdzących tandetnymi papierosami przedstawicieli klasy robotniczej najwyraźniej grało na pieniądze. Detektyw usiadł przy barze. Rozglądał się przez chwilę po lokalu, po czym łupnął pięścią w blat i wrzasnął:
- Bar-man!
- Dziewczynki wychodzą dopiero po dziesiątej! - odkrzyknął głos z zaplecza.
- Mnie wystarcza konto pre-mium! Polewaj no-o!
To zdanie wywabiło właściciela-barmana do klienta.
- Frajer. Czym chcesz  się nawalić, o rękawiczniku?
- Daj no bran-dy. I powiedz no mi-i... Nie szukasz może nowych pracowników?
- Skąd taki pomysł?
- Bo nie tak dawno temu straciłeś jedną kelner-kę. I nerwy na tłumaczenie się przed są-dem.
- I tak chciałem ją zwolnić. Myliła zamówienia, darła się na klientów, w tym grube ryby, wykręcała się od tańczenia, a o robocie w pokoju w ogóle nie było co przy niej marzyć. Czara goryczy sie przelała, kiedy wyrzuciła za drzwi tą byłą wróżkę. Na szczęście ktoś mnie wtedy wyręczył i ją zatłukł.
- Wróż-kę?
- Tą dawną sławę, wróżkę Regelindę. Odkąd jakaś katolicka dziennikarka podburzyła cały świat przeciwko niej, popadła w ruinę fizyczną i psychiczną... no i pija od tej pory tu, bo daję babom 30% zniżki. Traci całą wypłatę z tego głupiego czasopisma, do którego pisuje horoskopy...
- A po co taka zniż-ka?
- Bo one omijają takie miejsca, wiesz o tym?
- Wie-em. Też żyję w tym mieś-cie.
- A to kobiety w tej dzielnicy mają pieniądze, bo faceci przepuszczają je na wódę i dziewczynki. Więc, jako myślący biznesmen, postanowiłem uderzyć do zamożniejszej klienteli. Wśród tych patusów nietrudno znaleźć osoby, które dadzą się powieść na pokuszenie...
- Rozu-miem.
- To ile tego brandy?
- Rozmyśli-łem się. Narka, businesma-nie.
- A idź ty w...
Kamil udał się w kierunku wyjścia, po drodze znowu odskakując z toru lecącego kija bilardowego. Postanowił teraz prześledzić informację, którą wysępił od barmana.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, słychać stukanie w klawisze. Wynajmujący to biuro detektyw przeszukuje sieć (na Wi-Fi stowarzyszenia studenckiego korzystającego z sąsiedniego pomieszczenia) w poszukiwaniu artykułów o wróżce Regelindzie. Ku swojemu średnio wysokiemu zaskoczeniu, dowiaduje się, że te "hejterskie pamflety", jak określała to część komentujących, pisała pierwsza ofiara, pod sam koniec swojej dziennikarskiej kariery. Po upadku Regelindy przeszła na emeryturę.
Kolejnym krokiem było sprawdzenie trzeciej ofiary, popa. W tym celu Kamil udał się na mszę na osiedlu brodryjskich uchodźców-republikanów, którzy zamieszkali tu po dobrowolnym odjeździe z Brodrii, gdy ta stała się monarchią. Stanął sobie z tyłu i czekał na koniec. Po obrzędzie przepytywał wychodzących wiernych. Ci traktowali go jednak wrogo, zwłaszcza, gdy wspomniał nazwisko ich zmarłego duszpasterza. Jedynie jedna staruszka z nim chwilę porozmawiała.
- ...Więc, czy było coś niecodziennego w zachowaniu księdza ostatnimi cza-sy?
- Nie. Jak zawsze krzyczał na panny młode w ciąży, pijaków, młodzież, dziadujących ofiary, opuszczających różańce... Ganił ich swoją ususzona prawicą... Ale... była jedna dziwna rzecz już po jego śmier-... - urwała w pół zdania.
- Ta-ak?
- Miałam nie rozpowiadać... Ale... Spalone ciało było... dziwne. Nie dało się go niemal zidentyfikować. Ostatecznie zrobiono to po odciskach zębów.
- A badania DN-A?
- Panie, kogo tu na to stać?
- Czy ksiądz miał jakąś rodzi-nę?
- Nigdy nie chciał o tym rozmawiać.
- Rozu-miem. Dzięku-ję.
- I jeszcze coś.
- Ta-ak?
- Czy słyszał Pan o tym, że policja znalazł u niego jakieś gazety?
- Ow-szem.
- A wie Pan może, jakie? Cała parafia o tym plotkuje. Bo wie Pan, ciągle jakieś paczki do niego przychodziły... I kurier się śmiał, że stary pop, kawaler, a takie rzeczy zamawia...
- Niestety, nie wiem-m. Raz jeszcze dziękuję za rozmo-wę. Do widze-nia.
Belewski wracając do domu, sporo rozmyślał. Pierwszy dzień działań był bardzo udany.
Drugiego skierował się na osiedle robotnicze. Na ławce w "parku" siedzieli śmierdzący papierosami mężczyzna i płacząca kobieta. Pod konstrukcją leżała butelka wódki. W pewnym momencie facet wrzasnął:
- Zamknij się wreszcie, babo! To dla wszystkich trudne, a ty tylko wkurzasz pół osiedla! - po czym wziął zamach pięścią. Kobieta zasłonił twarz rękami. Ale nie uderzył, bowiem spostrzegł, że ktoś się zbliża.
- A ty tu czego... O, ohohohoho! Czy to nie sam "koleś z kontem premium"?
- Ta-ak. Pozwoli Pan, że się przedsta-wię. Jestem Kamil Chara Belewski, dete-ktyw. Szukam sprawcy tych tajemniczych zdarzeń w mieście z ostatnich miesięcy i dlatego chciałbym zapytać, czy nie zechce się Pan ze mną podzielić informacja-mi?
- Stąpasz po cienkim lodzie...
- Proszę mi powiedzieć wszystko, co Pan wie o Tomaszu Wróblu. - słysząc to, kobieta ponownie się rozpłakała.
- Jestem jego ojcem... - mężczyzna zacisnął zęby. W jego oku detektyw dostrzegł łzę. - I nic nie wiem. Już tłumaczyłem to pałom. Tomka nie było całe dnie w domu. A jak przychodził, to nawalony i pyskaty. Pas nic do niego nie przemawiał. Zresztą, jakieś dwa miechy przed... - znów z oka faceta poleciała łza - ...zaczął chodzić na siłownię. Pewnie chciał zlać swojego starego, cholernego patusa i kata... Idź sobie. Ale jeżeli czegoś się dowiesz, wróć tu. Inaczej... - po raz trzeci mężczyzna zapłakał jedną łezką, po czym wziął tęgi łyk z butelki leżącej pod ławką.
Kamil wycofał się powoli. W głowie układał już rozwiązanie. Jak zwykle był cztery kroki przed stróżami prawa. Pozostało mu tylko czekać na telefon.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, dzwoni telefon. Niski człowiek w płaszczu przez chwilę siedzi w bezruchu. Zgodnie ze swoją zasadą, najpierw kończy palić carosa, a dopiero potem odbiera.
- I jak idzie?
- Kujonek, wi-taj! Już skończy-łem.
- Naprawdę? Heh, widać wybrałem właściwego człowieka. Kto jest winien?
- Miłośnik pewnej wróż-ki. Myślę, że skojarzysz nazwis-ko. Zwą go...
W tym momencie otworzyły się drzwi. Stał w nich winowajca, z pistoletem w lewej dłoni. Belewski odwrócił się do niego.
- A więc to ty-y... Wiedzia-łem.
- Tak, to ja. Jesteś cwany, Belewski. Pewnie myślisz, że mnie całkiem rozpracowałeś?
- Zgadza się-ę. Uwielbiasz Regelindę, przyz-naj.
- Uwielbiam? Ha, ja jestem jej największym miłośnikiem! Nie ma słów, które by opisały mój stosunek do jej omniniesamowitej osoby! Ale ten papajski babsztyl ośmielił się podnieść na nią pióro... Musiałem pomścić moją boginię... Ale to nic nie pomogło! Prasa w ogóle nie zwróciła uwagi na Regelinię! Wtedy to...
- ... Zacząłeś realizować jej horoskopy, żeby motłoch znów w nie uwie-rzył?
- Tak. Ludzkim truchłom tabloidy zawsze poświęcą miejsce. Musiałem tylko czekać, aż któryś dziennikarzyna znajdzie powiązanie między ofiarami. Ale oni są strasznie tępi... A teraz ty chcesz mi przeszkodzić w mojej misji! Nie mogę na to pozwolić... A zwłaszcza patrząc po Twoim horoskopie na dziś...
- I uważasz, że tak łatwo mnie dor-wiesz?
- Już cię dorwałem... - rzekł złoczyńca, szeroko się uśmiechając.
W lepszej dzielnicy stoi sobie wieżowiec. Dwadzieścia lat wcześniej ogłoszono konkurs na jego nazwę, ale nigdy się nie rozstrzygnął. Zwyczajny, ludzki błąd. Dał on temu szaremu klocowi betonu przydomek: "Anonim". Na siódmym piętrze, w pokoju nr 194, rozlega się wybuch. Jest on niewielki, ale wystarcza do pozbawienia życia detektywa wynajmującego to biuro. Bombka była umieszczona w telefonie.
Następnego dnia policja bada to miejsce. Sprawcy nikt nie widział, gdyż o tej porze nikogo na piętrze nie było. Nie ma też mowy o nagraniach z monitoringu, ponieważ właściciel na niego sępił, i jak się okazuje, wyłączał go codziennie na co najmniej pół dnia, mimo prawnych wymagań. Jak się okazuje, Kamil Belewski spodziewał się, że może nie wyjść ze sprawy cało. W biurku znaleziono jego notatkę. Napisał w niej dwa krótkie zdania: "Twoja kolej, drogi czytelniku. Kimkolwiek jesteś - zanieś światu prawdę. ~Kamil Chara Belewski ".
Kto więc jest winny?
Czekamy na odpowiedź, czytelniku.

Cytat:Konstanty Jerzy Michalski "Reportaż - Jahołdajewszczyzna"

https://docs.google.com/document/d/1W9uC...DMs-E/edit

Cytat:Aleksandra Dostojewska Swarzewska - twórczość własna

1.Romantykom z Pieczar Nordaty.

Posłuchaj Kochany dzwonów żałobnych,
dla kogóż bije ten śmierci jęk?
Dla kogóż katafalk jest przeznaczony,
i czemuż już widzę grobowy cień?

O nie mów, nie mów miły Apollo,
że to już nasz nastąpił zmierzch,
wszak póki serce me w piersi bije,
narodu mego siły bacz i mierz!

Złota chcieliście, my złoto dalim,
damy i run srebrzystych wam moc,
ale swego ducha nigdy nie spalim,
w ogień wpierw pójdzie niech nasza krew!



2.Kraju znad Newy.

Do Ciebie wzdycham w tułaczce i pielgrzymce mej,
raczże przytulić to serce i otrzeć me łzy dzisiaj chciej!

Mijają godziny i chwile grozy,
ja sama nie wiem, kto wróg, kto brat?
Kto mi pomoże, rzuci kotwicę,
a kto nóż w pierś mą wbije
i zaleje mą krwią, kraj mych dziecinnych lat?

Ja Tobie swe życie oddałam,
za nurty Newy walczyłam,
gdy przeklęty ów gród z Gremlem wyzwalałam,
a teraz cóż od Ciebie otrzymałam?

Wybije jednak godzina prawdy,
i runie gmach więziennych cel,
wszak z nami On – Mistrz Prawdy,
dziś wskaże Ludowi drogi Cel.

Potępień niech sączą się krople obfite,
za kłamstwa i ofiary niewinnej śmierć!
Śmiech pusty brzmieć będzie całe me życie,
aż wróg odda należną nam cześć!

Do Ciebie wzdycham, i wiem, że znowu ujrzę Greml,
mój sen,
Twa moc wskaże nam dzień, gdy minie noc.

Cytat:Maciej Kamiński "Opowiadania ze Święta Policji Krajowej"

Cześć, moje pysie.
Program uroczystości jest następujący:
1. Obowiązkowy punkt każdej uroczystości, czyli mdłe przemówienie. Przemawiam ja, a jeżeli ktoś inny chce, może dołączyć.
2. Na prośbę Adasia, w psychodelicznej manierze przebadamy zwłoki Czosnka von Szczypiora, odstrzelonego przeze mnie 29 września 2014. Dlaczego? Bo Policja jest nienormalna, wszyscy to przecież wiedzą.
3. Na koniec, zrobimy coś niespodziewanego i dżamahirijskiego.

Podkład muzyczny: https://www.youtube.com/watch?v=cATPLk559XY
Moi kochani rodacy!
Dokładnie dwa lata temu Parlament I kadencji za pomocą uchwały powołał pierwszego Prezesa Policji Krajowej. Jak się okazało, to stanowisko jest wyjątkowo trwałe. Albo zabetonowane, jak kto woli. Moja osoba nadal bowiem je obsadza. Z biegiem czasu, ze zwykłego organu porządkowego gestapo ortograficzne, jak potocznie ten organ dziś zwiemy, urosło do roli wentyla bezpieczeństwa Republiki Bialeńskiej, poprzez systematyczne zwiększanie uprawnień. Wielka w tym rola Markusa Wettina, autora „poprawki odstrzałowej” do Kodeksu Wykroczeń. I dziś, jako Bialeńczycy zbieramy się tutaj, by poświętować, że sobie dwóch stróżów prawa mamy. Maćka i Akrypę. Trochę psychodelicznie brzmi, prawda? Ale to wszystko składa się na nasz specyficzny klimat. Podobnie jak na przykład stosowanie mowy potocznej, jak ja to robię w tym przemówieniu. W końcu, gdzie jeszcze tak często widać organ porządkowy? Kojarzę tylko jedno aktualnie funkcjonujące państwo.
W tym roku obywamy się bez obecności konduktora, zatem odznaczeń i folwarków tym razem nie będzie. Nic zresztą w tym dziwnego – w końcu były nadawane ledwie dziewięć dni temu. Zakończmy więc najmniej ciekawy punkt programu okrzykiem: Niech nam żyje silna Bialenia! I kropki przed emotikonami stawiajmy!

Drugą częścią zabawy będą oględziny ciała np. von Szczypiora. Znany był on ze spamowania w jednym z sygnaturowych wątków naszego forum, czyli „Putin – wprowadź wojsko?”, za co zdarzyło mu się posiedzieć za kratami. Jednakże, powodem jego skazania na natychmiastową śmierć bez rozprawy było nękanie kilku z naszych rodaków za pośrednictwem prywatnych wiadomości. Ciało zachowało się do teraz w całkiem niezłym stanie, więc zapraszam do dosyć nieortodoksyjnej zabawy – możemy zabawić się w małego chirurga i trochę pobadać. Każdy chętny może wskazać, czemu mamy się w tych zwłokach przyjrzeć bliżej. Kiedy wszystkim się znudzi (albo od razu, jeżeli większość uzna to za zbyt obrzydliwy sposób na spędzanie czasu), pozbędziemy się ciała na manierę dotychczas przeprowadzanych publicznych egzekucji. Metoda zostanie wybrana na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy:”, tj. ogłoszę, że wybieramy metodę, i improwizowana „egzekucja” zostanie przeprowadzana na podstawie tego, co zostanie wskazane jako pierwsze.
No dobrze. Osoby wrażliwe na treści drastyczne mogą sobie zrobić przerwę, a my przechodzimy do „gry”.

Na koniec, przeczytamy bajeczkę, którą usłyszałem w Metrze od jednego z arabskich jeńców Timura. Nie dociekałem, jak ów się nazywał. Bajka nosi tytuł „Sasza, Mansor i bociany” i klimatycznie bardzo wpasowuje się w atmosferę dzisiejszego święta. Możecie na bieżąco komentować.

Improwizowany opis "egzekucji" (transkrypt, zachowane komentarze, ale tylko te na temat):
Cytat:Zegar śmierci wybije soją melodię od tyłu.
Soja to świetna roślina.
Już czas.
@Fiodor
Spalić las...
@Maciej
Na miejsce egzekucji, z niemożliwymi do domycia śladami krwi, wniesione zostaje kolejne ciało.
Tym razem jest nietypowo.
Bowiem jego posiadacz jest po drugiej stronie już od 15 miesięcy.
Jednakże, jest to główna atrakcja dzisiejszego wieczoru.
Zwłoki należą do Czosnka von Szczypiora.
Naczelny psychopata Bialenii, Kamiński, jak zwykle w stroju kata, niesie je samotnie.
Tłumy są jak zwykle pokaźne, jednak nie tak wielkie jak zazwyczaj.
Wynika to tak z godziny, jak i z obniżonej atrakcyjności dzisiejszego zajścia.
Ofiara wszak nie żyje i nie będzie krzyczała.
Mimo to, z racji skali czynów, jakich się ów człek dopuścił, wciąż są obecne żywe emocje.
Zaszyte ciało, jeszcze kilka chwil temu badane w pobliskim szpitalu sądowym, zostaje rzucone niedbale na środek Placu Zielonego.
Następnie przez tłum powolutku sunie ciężarówka.
Idący za nią ludzie rozdają wszystkim w tłumie okulary ochronne.
Po kilkunastu minutach pojazd dociera na miejsce kaźni.
Prezes Policji kwituje wypożyczenie zwierzaka.
Kierowca wysiada i otwiera tylne drzwi swojej maszyny.
Momentalnie wyskakuje stamtąd rozwścieczony bazyliszek.
Zwierzę, rzuca po tłumie swoim potwornym wzrokiem.
Po chwili jednak zauważa, że jego magia nie działa.
W związku z tym, rzuca się na stojącego najbliżej Macieja.
Ten jednak błyskawicznie broni się podręcznym paralizatorem.
Ciężarówka z piskiem opon odjeżdża.
Przerażony tłum rozbiega się.
Kamiński przystawia łeb zamroczonego bazyliszka do zwłok.
Zgodnie z treścią zamówienia, zwierzę jest głodne jak wilk.
Wbrew typowym obyczajom swego gatunku więc, zabiera się za pałaszowanie trzeciej świeżości strawy.
@Sukces
miałem nadzieję, że zwłoki zostaną rozjechane ciężarówką :c
@Maciej
To by zepsuło efekt.
Rozpoczyna od ponownego otwarcia rany na gardle.
Nie bacząc na pozostałości po gruźlicy, wgryza się dziobem w mdłe mięso.
Z największą rozkoszą chrupie kości. Szpik aż pryska dookoła.
Głowa zostaje całkiem oddzielona od reszty ciała.
Stwór następnie unosi swoją wielką tylną łapę i staje na niej, robiąc z czerepu krwawą miazgę.
Łapczywie wyjada tkanki miękkie z szaro-brunatnej masy.
Odór rozpościera się po całej okolicy, powodując zmniejszenie się tłumu gapiów.
Następnie bazyliszek zabiera się za resztę ciała.
Z chirurgiczną precyzją przecina skórę na klatce piersiowej i dobiera się do serca.
Jest ono jednak tak zgniłe, mimo dobrego przechowywania, że nie daje rady go przełknąć.
Co więcej, wymiotuje w otwór większość swojej dotychczasowej uczty.
Niezadowolony bazyliszek rusza w kierunku podbrzusza.
%Adas_von_Haller
o kurcze, zapomniałem o obchodach ;(
już się skończyły
?
@Maciej
Wściekle rozpruwa je dziobem, mając nadzieję na lepszej jakości mięso.
Nie, trwa część, o którą prosiłeś.
%Adas_von_Haller
wybornie
@Maciej
I słusznie się kieruje.
Jelita bowiem, jak wynika z badań w szpitalu sądowym, są czyściutkie.
Czosnek najwidoczniej działał na czczo.
Tłum, a przynajmniej ta mniej wrażliwa zapachowo jego część, głośno mu kibicuje.
Stwór w końcu wyciąga łeb z ciała.
Kamiński, po szybkim rzucie oka, stwierdza, iż z jelit von Szczypiora uchował się jedynie kawałek, który Kuceł zabrał na pamiątkę.
Wciąż głodna bestia, szybkim ruchem zrywa całą skórę ze stóp denata.
Następnie zaś staje na jego nogach, wściekle je rozdrapując.
Z pewnym wahaniem, wsuwa łeb jeszcze raz w ranę na klatce piersiowej, wypełnioną efektem regurgitacji.
Odsuwa wymiociny dziobem i uderza na żołądek.
Wyrywa go, po krótkim mocowaniu się, i wywleka na zewnątrz.
Robi w nim dziurę i zaczyna wysysać to, co jeszcze nie odparowało z kwasów żołądkowych.
Substancja jest jednak tak gęsta, że staje bazyliszkowi w gardle.
Bestia wymiotuje raz jeszcze.
Osłabiona, schodzi z ciała i zaczyna kierować się przed siebie, zapewne z zamiarem ataku na tłum.
Kamiński błyskawicznie wytrącą ją jednak z przytomności jednym uderzeniem pałką.
* Adas_von_Haller Adaś wymiotuje z obrzydzenia i zastanawia się, czy Maciej nie jest przypadkiem psychopatą
@Maciej
Następnie wyciąga telefon i dzwoni z powrotem po dostawcę.
Było być od początku, czytałbyś ostrzeżenie. Wink
Tłum pomału się rozchodzi.
Tak oto dobiegło końca krwawe, ohydne widowisko.
%Adas_von_Haller
brawo
@Maciej
Buziaczki dla autora pomysłu na metodę egzekucji, Kuceła.
Teraz dziesięć minut przerwy, bo aplce mnie już bolą, a potem przejdziemy do ostatniej, tajemniczej części uroczystości.
*Palce.
%Adas_von_Haller
Brawo Kucel.
@Sukces
co tu się zastanawiać, Maciej jest psychopatą przecież
Kucelgrzeczny
kupuję tego bazyliszka
daj numer do nich
@Maciej
664 555 986.
Oby to nie był prawdziwy numer...
@Sukces
haha
dźwoń i poproś o bazyliszka Big GrinD

Bajka opowiedziana na koniec:
Cytat:Dawno, dawno temu…
Żył w Farunie urodziwy młodzieniec imieniem Sasza. Był kalifem – władcą kraju – uwielbianym przez wszystkich. Miał tylko jednego wroga: okrutnego i podłego czarnoksiężnika imieniem Kaszenor, który chciał, by to jego syn Mirza objął tron.
W końcu Kaszenora wygnano z pałacu, a Sasza o nim zapomniał. Kalif lubił zbierać drogocenne przedmioty. Pewnego dnia Mansor, wielki wezyr, przyprowadził doń wędrownego kupca. W rzeczywistości był to przebrany Kaszenor. Czarnoksiężnik otworzył drewnianą szkatułkę i pokazał kalifowi swoje towary. Sasza był zachwycony i kupił od niego wszystko. Potem spytał o maleńką szufladkę, umieszczoną  jednej ze ścian szkatułki.
- Sam nie wiem, co w niej jest – odparł chytrze czarnoksiężnik. Otworzył szufladkę i wyjął z niej puzderko zawierające czarny proszek, a później zwitek starego papieru. Pokrywały go dziwne znaki.
- Niech Wasza Wysokość przyjmie to w prezencie – poprosił czarnoksiężnik i bijąc pokłony, wycofał się z sali tronowej.
Sasza zawołał swoich doradców i kazał im odszyfrować pismo. Po kilku dniach odczytali, co następuje:
„Człowiek czytający te słowa zdobędzie moc przemiany w dowolne stworzenie i rozumienia jego mowy. Musi tylko wciągnąć nosem czarny proszek  i wypowiedzieć słowo „Ramzanikrul”. Aby znowu przybrać ludzką postać, musi trzykrotnie skłonić się w kierunku Koburgii Centralnej i ponownie wypowiedzieć zaklęcie.”.
Papier ostrzegał też, że dopóki pozostanie się w skórze zwierzęcia, nie wolno się roześmiać, bo wówczas zapomni się zaklęcia.
- Możemy zamienić się w zwierzęta, Mansorze! – zawołał podniecony kalif.
- Jak sobie życzysz, Panie – rzekł z niskim ukłonem, Mansor.
Następnego dnia o świcie kalif i wezyr wybrali się nad jezioro. Sasza wyjął z kieszeni puzderko. Zastanawiali się nad tym, jakie zwierzę wybrać, gdy niespodziewanie usłyszeli majestatyczny okrzyk.
- Kubiłaje! – krzyknęli. – Zmieńmy się w kubiłaje!
Wciągnęli proszek, wypowiedzieli: „Ramzanikrul”. Ich nogi i ręce wydłużyły się, paznokcie rozrosły do kopyt, a szaty zamieniły się w biało-czarne futerka z kikutami skrzydeł na łopatkach. Wkrótce po dwóch mężczyznach nie było śladu.
Dwa kubiki patrzyły na siebie w zdumieniu. Potem rozpędziły się.
- Jakże inaczej wygląda ziemia w tempie galopu! Chodź, wrzućmy piaty bieg i odnajdźmy inne kubiłaje – zaproponował Sasza.
Skierowali się więc w stronę ujścia rzeki. Iluż nowych, kubikowych rzeczy nauczyli się po drodze.
W pewnej chwili usłyszeli jakiegoś kubiłaja, opowiadającego o tym, jak za Daniela Łukasza było dobrze, i że niepełnosprawni nie powinni być pokazywani w telewizji. Zapomnieli o przestrodze i wybuchnę li śmiechem. Wkrótce mieli za to gorzko zapłacić… Pod wieczór postanowili wracać do pałacu.
Puścili się wolnym kłusem przez miasto. Działo się coś dziwnego. Wszędzie stały tłumy gapiów. W złotym powozie kalifa siedział ktoś obcy.
- Kim jest ten oszust?! – zaparskał Sasza.
- To Mirza, syn wypędzonego czarnoksiężnika. – odparł przerażony Mansor.
Mówiąc to, zadrżał z trwogi, bo uświadomił sobie, że nie pamięta zaklęcia. Oba kubiłaje odbiegły w dal, szykując się do ponownej przemiany. Sasza wyjąkał jedynie:
- Nie pamiętam, nie pamiętam…
- Nigdy już nie będziemy ludźmi! – rzekł smutnie Mansor.
- Pędźmy do Broskwy i pomódlmy się przy grobie Chruszczenki, by przywrócił nam pamięć.
Ale do Broskwy było daleko, a słońce już zachodziło. Oba kubiłaje, rozglądając się za jadłem, dobiegły do oazy. W krzakach usłyszały rżenie.
- Co to było?
- Chodźmy i sprawdźmy – odważnie rzucił Sasza.
W ciemnym kącie za palmą, dostrzegli klacz. Na ich widok parsknęła radośnie.
- Nareszcie! Po tylu latach urok pryśnie!
Sasza i Mansor spojrzeli niepewnie po sobie.
- Jestem Nadża, córka króla Hagalu. – powiedziała klacz. – Czarnoksiężnik Kaszenor chciał, bym poślubiła jego syna i oddała mu królestwo mego ojca. Zjawił się w przebraniu i dolał mi eliksiru do wina. Wtedy zmieniłam się w klacz. Kaszenor powiedział, że zostanę nią, póki ktoś nie pojmie mnie za żonę.
- Znów Kaszenor! – zarżał Sasza i opowiedział Nadży ich historię.
- I co teraz zrobimy? – zakończył dramatycznie.
- Nie traćmy nadziei. Kaszenor co jakiś czas przyjeżdża do świątyni nieopodal, gdzie wyprawia biesiady dla kolegów czarnoksiężników. Podczas nich chwalą się ostatnimi osiągnięciami. Jeżeli wypowie związane z Wami zaklęcie, to jesteście ocaleni.
- Na pewno tak będzie! – wyparskały kubiłaje. – Chodźmy więc tam natychmiast.
Ale klacz nie ruszyła się z miejsca.
- Zanim pokażę Wam drogę, jeden z Was musi obiecać, że mnie poślubi. Inaczej na zawsze pozostanę koniem.
- Zgoda! Pojmę Cię za żonę, gdy tylko wrócimy do normalnego stanu! – zawołał kalif.
Klacz zaprowadziła kubiłaje wąskim przejściem podziemnym do przedsionka ruin.
- To miejsce ich spotkań. Możemy słuchać przez otwór w ścianie – oświadczyła.
Trójka czuwała na zmianę. Po kilku dniach rozpoczęło się wreszcie przyjęcie.
- Zgadnijcie, jak umieściłem syna na tronie? – zabrzmiał głos głównego antagonisty.
Po chwili rozmowy z ust jednego z gości padło głośno słowo: „Ramzanikrul”.
- Dobra nasza! – zarżały radośnie kubiłaje, po czym skłoniły się po trzykroć ku Koburgii Centralnej i wypowiedziały zaklęcie. W mgnieniu oka odzyskały dawną postać.
Kalif i wezyr uściskali się z radości. Potem zwrócili się do klaczy – ale na jej miejscu ujrzeli królewnę w jedwabnej sukni ze sztucznego niedźwiedzia. Sasza był nią oczarowany.
- Masz moje słowo co do ślubu – zapewnił królewnę. – Odbędzie się on, gdy tylko odzyskam tron.
Wszyscy troje podkradli się do Syren 103 pozostawionych przez czarnoksiężników i cichcem wsiedli do jednej.
Nad ranem dotarli do bram miasta. Ludzie cieszyli się, że ich Pan powrócił cały i zdrowy, w towarzystwie pięknej królewny. Tłoczył się wokół auta, wznosząc okrzyki radości.
Dalej wypadki potoczyły się szybko. Kaszenor został aresztowany, zanim jeszcze jego przyjęcie się zakończyło, i po dostarczeniu przed oblicze Saszy, skazany na natychmiastową śmierć przez ścięcie. Jego syn na wieść o tym próbował uciekać, ale został schwytany. Zmuszono go do przemiany w Michała Bryenniosa, zamknięto w klatce, a następnie tak długo szczuto Familiadą, aż w końcu się roześmiał i zapomniał zaklęcia.
Nazajutrz odbył się bajkowy ślub Saszy i Nadży. Okazała się ona być wymarzoną żoną dla kalifa. Cała trójka, razem z Mansorem, żyła długo i szczęśliwie.

Cytat:Herman Kolineusz-Michalski "Abstrakcja"

[Obrazek: rswr2h.png]

Cytat:Eddard Noqtern "[...]"

[Obrazek: 0HKw4fP.png]

Cytat:Adaś von Haller "Personifikacja parekselans społeczeństwa bialeńskiego"

[Obrazek: Beztytulu_srswqrn.png]

Cytat:Markus Wettin "[...]"

[Obrazek: 1zyh98k.png]

Cytat:Fiodor Hristov "Bialeńska Scena Polityczna"

[Obrazek: WQZewnS.png]

Cytat:Fiodor Hristov "Smutne ZSEE"

[Obrazek: 9yHxPDM.png]

Cytat:Tomasz Bagrat '' Co to jest Brodria ? ''

Co to jest Brodria ?
- zapyta ktos , gdzies,
Brodria to lasy , miasta i wies,
i szosa po ktorej auta pedza,
i ptaki ktore na galezi sobie gawedza,
i samolot co wysoko nad toba lata,
Brodria to twoj kawalek mikroswiata,
Brodria to jeziora, strumienie i rzeka,
oraz gory ktore widac z daleka,
a nawet chmury gdy nad nami mkna,
Brodria to jest takze nasz wspolny Dom.
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości