Moje (nie)udolne próby literackie
#1
Dobry wieczór Smile

Czasem lubię coś napisać. Pisanie jest fajne. Pisanie pozwala przelać swoje myśli na papier, kiedy nie posiada się żadnego innego talentu - chyba że rysownie świnek i piesków jest talentem. Kiedyś potrafiłem jeszcze słonia, ale się oduczyłem :-\

Chciałbym pokazać Wam fragment "powieści", którą chciałem skończyć przez wakacje. Niestety utknąłem na rozdziale I i kompletnie straciłem zapał do pracy. Stwierdziłem, że może konstruktywna krytyka jakoś go we mnie odbuduje Big Grin

W spoiler wrzucam prolog. Ogólne informacje: pisane narracją pierwszoosobową, głównym bohaterem jest Klaus Beck. 1960 rok, Niemcy. Dokładniej: Rzesza Wielkoniemiecka. W tym uniwersum naziści wygrywają wojnę. Beck nie godzi się z ideologią hitlerowców, ale dusi to w sobie, mówiąc o tym jedynie czytelnikom. No, resztę chętni doczytają sami Wink

[spoiler]Jeszcze tylko spakować śniadanie... Cholera jasna! Gdzie jest mój podręcznik do niemieckiego? Chwila... Wczoraj wieczorem uzupełniałem zaległości po chorobie. W kuchni? Jasne, że w kuchni.
- Mamo! Jest gdzieś na stole elementarz do niemieckiego? - pytam donośnie, choć gardło wciąż boli mnie po przebytym zapaleniu.
- Był, odłożyłam w przedpokoju. Kiedy nauczysz się, żeby nie rozrzucać swoich rzeczy po domu, Klaus? - mama jak zwykle wtrąca swoje trzy grosze o moim bałaganiarstwie.
Całe szczęście, że książka się znalazła. Nawet nie chcę sobie wyobrażać miny profesora Lufta, gdybym kolejny raz próbował się przed nim usprawiedliwiać. Nie ma co roztrząsać. Czas do szkoły.
- Pamiętaj, co ci z ojcem mówiliśmy. - zagaja mnie mama przed wyjściem.
- Żebym nie zapomniał czapki, bo chłodno?
- To też. - uśmiecha się, pokazując swoje śnieżnobiałe zęby. - Ale mam na myśli coś innego.
- Żebym nie zaczynał z Jensem, tak? - pytam poirytowany. - Powtarzacie to od tygodnia.
- Dobrze wiesz, że tata został przeniesiony do resortu Oberführera Zimmermanna. Nie rób mu wrogów, Jens jest dla tego oficera oczkiem w głowie.
- Jens jest rozpieszczony i tyle. Też bym był, gdyby mój ojciec pracował w ministerstwie od dziesięciu lat. - odpowiadam zdenerwowany, biorę płaszcz i wychodzę.
Przed opuszczeniem domu zrywam jeszcze kartkę z kalendarza, jak zwykle. Czternasty kwietnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku. Oj, przepraszam – dwudziestego roku. Kto dziś pamięta o starym sposobie liczenia lat od narodzenia Chrystusa? Przecież zwycięstwo jest takie ważne!
Mniejsza z tym. Niecały tydzień do obchodów Wielkiej Rocznicy. Obym nie zapomniał tekstu, obym nie zapomniał tego cholernego tekstu...
Idę do szkoły. Codziennie mijam te same mordy, które z jakąś obłąkaną radością w oczach podnoszą prawe ręce w kierunku rodziny, znajomych... Najgorsze jest to, że sam też muszę to robić. Choćby unosić ją, gdy mijam tego, tfu, Wachtmeistera Thomasa Franka. Myśli, że jest wielkim nazistą, choć to określenie jest moim zdaniem świetnym przykładem oksymoronu, bo jego daleki krewny to Hans Frank. No i idiota korzysta z tego. Bez wahania. Jaki trzeba mieć tupet, żeby ledwo zdobyć jakiś konkretny tytuł w policji i od razu donosić na własnego komendanta do samego Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy? I powoływać się przy tym na tego zbrodniarza?
O wilku mowa. Thomas już nadciąga tym swoim wypucowanym samochodem. Ciekawe, czy dzisiaj był wystarczająco umyty, czy któryś z jego sprzątaczy musiał dostać kulkę za słabo wyszorowane felgi.
Zatrzymuję się i niechętnie podnoszę ramię na znak „sieg heil”. Menda nawet nie patrzy na ludzi, którzy oddają mu ten sztuczny szacunek. Tylko cieszy się jak wariat i jedzie dalej. A niech ktoś spróbuje przejść obojętnie obok Wachtmeistera! Był raz taki jeden. Niektórzy mówią, że skończył w Dachau. Moim zdaniem to nieprawda. Młody Frank nie jest aż tak wpływowy, aby wysyłać ludzi do obozów. On wciąż należy do tej samej grupy, co dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa Rzeszy – wmawia mu się, że te miejsca nie istnieją i nigdy nie istniały. Inni zaś twierdzą, że został gdzieś rozstrzelany. Tak czy siak w gazetach podano, że śmiałek ten padł ofiarą napaści ze strony „pozbawionych ludzkich odruchów Słowian, którzy prawdopodobnie dzień wcześniej zdołali uciec swojemu niemieckiemu panu”. Brzydzi mnie niemiecka prasa. Nie czytam jej. Chyba że każą nam w szkole.
Odjechał. Mogę ruszać dalej.
- Dzień dobry, panie Zwicke! - znów podnoszę rękę, czyniąc ten haniebny gest.
- Witaj, Klaus! Jak miewa się ojciec?
- Zdrowy jak nigdy, dziękuję. Proszę pozdrowić żonę!
Wilhelm Zwicke. Sturmbannführer Wilhelm Zwicke. Starszy oficer Schutzstaffel. Siwy, pomarszczony dziadek. Z wielkim pieprzykiem obok nosa i ohydną peruką, którą nosi odkąd pamiętam. Dumny z ideologii nazistowskiej dawny współpracownik mojego ojca. Podobno pracował także w Auschwitz. Teraz jest na emeryturze i niestety mijam go dzień w dzień. Dlaczego ten obleśny typ musi wychodzić na papierosa akurat w czasie, kiedy tędy przechodzę?!
Już prawie jestem na miejscu. Jeszcze tylko przejść przez skrzyżowanie im. Heinricha Himmlera. Gdzieś tutaj powinien pojawić się Jürgen...
- Heil Hitler! Klaus, jak się masz?
Oho, tak jak myślałem.
- Jürgen! Zastanawiałem się, gdzie jesteś. Wszystko w porządku. Przygotowałeś się na algebrę?
Jürgen to mój najlepszy przyjaciel. Rodowity Niemiec. Chlubi się aryjskim pochodzeniem. Zresztą, nie tylko pochodzenie ma aryjskie. Również z wyglądu jest prawdziwym przedstawicielem rasy „panów”. Wysoki, wysportowany blondyn z błękitnymi oczami. Ćwiczy szermierkę, chodzi na basen, pasjonuje się malarstwem i historią. Ale to, co odróżnia go od innych Niemców, to otwarty umysł. Tego w dzisiejszym społeczeństwie nie sposób znaleźć. Jürgen nigdy wprost nie potwierdził ani nie zaprzeczył, gdy pytałem, czy popiera politykę prowadzoną przez Führera. Ale gościu zna historię świata. Tę prawdziwą historię, a nie wersję Goebbelsa. Brzydzi się donosicielstwem i nie rozwiązuje konfliktów siłą. Z drugiej strony jest świetnym aktorem i w szkole uchodzi za wzór młodego Niemca, który dla ojczyzny i Hitlera oddałby własne życie oraz sprzedał najbliższych.
Od naszego spotkania mija pięć minut. Dochodzimy do szkoły. Jeszcze tylko poprawiam mundurek, upewniam się, że wziąłem tarczę ze swastyką, i kieruję się do wejścia. Jürgen jak zwykle poszedł zapalić. Odważny chłopak. Za papierosy jesteśmy mocno katowani i wyrzucani ze szkoły.
- Heil Hitler, pani dyrektor Kastner! - mówię i gestykuluję wchodząc do budynku.
Profesor Inga Kastner to dyrektorka i nauczycielka astronomii. Fanatycznie oddana Führerowi żona Gruppenführera SS. Wysoka i niesamowicie szczupła, a moim zdaniem zbyt chuda, brunetka. Włosy zawsze ma spięte w okropny kok, który sprawia, że wydaje się być jeszcze wyższa niż naprawdę jest. Dzięki wąskiej twarzy, jej krwistoczerwone usta odznaczają się już z kilku metrów. Jak codziennie, także dzisiaj założyła czerwony golf oraz czarne jak smoła: marynarkę, spódniczkę, rajstopy i buty. Poza tym z dumą nosi na ramieniu przepaskę ze swastyką. Kastner to postrach szkoły. Zazwyczaj przechadza się korytarzami z ogromnym kijem, którym srogo karci uczniów za niestosowny ubiór bądź za zachowanie niegodne Aryjczyka. Dyrektorka pragnie, aby jej szkoła, nosząca zresztą imię samego Adolfa Hitera, uchodziła za elitarną, więc eliminuje z niej jednostki mogące zagrozić tej wizji.
Pierwsza lekcja: historia. A raczej historia alternatywna, bo nie uczymy się podczas tych zajęć niczego, co jest prawdą. O rzeczywistych losach świata czytam sam, w domu. Sala piąta. Na trzecim piętrze, vis-à-vis pokoju nauczycielskiego.
Budynek, w którym znajduje się moja szkoła, jest niesamowicie stary. Nadaje mu to uroku. Przed wojną był tutaj sąd, ale po zwycięstwie naziści przenieśli wszystkie instytucje do centrum Berlina. Do monumentalnych budowli postawionych na cześć chorej ideologii i chorego przywódcy.
Dotarłem. Wchodzę do sali, w której jak zwykle cuchnie... czymś. Nie potrafię określić tego zapachu. To po prostu trzeba poczuć.
Moja ławka. Środkowy rząd, trzecia od końca. Miejsce po prawej stronie. Kałamarz napełniony, książki wyjęte, mundurek znów poprawiony. Jestem gotowy. Woźna biegnie przez szkołę z dzwonkiem. Zaczyna się. Jeszcze tylko siedem godzin i mogę iść do domu.
Do sali wbiega zdyszany Jürgen. Jak zwykle w ostatniej chwili.
- Wiewióra, rzucisz w końcu to świństwo? Tylko sobie płuca niszczysz. - zagaduję go, korzystając z nieobecności profesora Maiera.
Ksywa „Wiewióra” towarzyszy przyjacielowi od dzieciństwa. Nie wiem dokładnie, dlaczego tak na niego mówią. Zaczęło się chyba od jego pierwszej „miłości”, o ile można tak nazwać związek w wieku pięciu lat. Petra zwracała się tak do Jürgena i wszystkim się spodobało.
- Daj spokój, nie namówisz mnie. Swoją drogą, muszę iść po lekcjach do Heinricha. Idziesz ze mną?
Heinrich to brat Wiewióry. Jest pełnoletni i kupuje mu papierosy. Podobnie jak jego rodzice, pracuje w zakładach chemicznych na obrzeżach stolicy. Są typową rodziną robotniczą. Tylko Jürgen się wyłamał i pragnie iść na studia, a następnie znaleźć zatrudnienie gdzieś w administracji. Zastanawiam się jednak cały czas, dlaczego Kastner wciąż nie usunęła go ze szkoły. Syn zwykłych chłopów w tak „prestiżowym” miejscu?
Otwierają się od zawsze skrzypiące drzwi. Wolnym krokiem do sali wkracza profesor Karl Maier. To niski i szczupły mężczyzna o kasztanowych włosach i brązowych oczach. Nie ma w sobie nic z Aryjczyka. Jak zwykle jest nieogolony, ma ubłocone spodnie i pogniecioną koszulę. Nadal nie naprawił okularów. Pewnie – przecież można zakładać połamane. Ważne, że cokolwiek widzi. Maier to „ciepłe kluchy”. Facet jest ciamajdą, nie potrafi nic zrobić sam, a boi się nawet własnego cienia. Nie zależy mu na tym, jak wygląda i co myślą o nim inni. Po prostu przekazuje młodzieży tę poprawną w Rzeszy wersję historii i idzie do domu. I tak dzień w dzień. Chociaż najzabawniejsze jest, gdy próbuje być groźny. Nie ma w tej szkole chyba nikogo, kto traktowałby Karla poważnie.
Idąc w kierunku biurka, nauczyciel rozgląda się po sali. Mierzy wzrokiem każdego ucznia, wreszcie podchodzi do jednej z pierwszych ławek i bierze zeszyt do rąk. Dzisiaj padło na Gerharda. Maier sprawdza, czy nasz kolega odrobił pracę domową. Robi to podczas każdej lekcji. Uśmiecha się. Znaczy, zadanie jest zrobione. Profesor odwraca się na pięcie i wchodzi na katedrę, potykając się przy tym. Siada na biurku, zdejmuje kapelusz i zaczyna sprawdzać obecność. Zazwyczaj zajmuje mu to około dwudziestu minut. Jak wszystko. On nigdzie się nie spieszy.
- Klaus Beck.
- Jestem! - odpowiadam, stając wcześniej na baczność.
- Dobrze... - stwierdza nauczyciel, obleśnie oblizuje wargi i z niemiecką precyzją zaznacza w dzienniku moją obecność. - Heinz Bergmann.
- Jestem!
Zazwyczaj już przy drugim nazwisku odpływam gdzieś myślami. Karl jest tak flegmatyczny, że nie sposób jest go słuchać dłużej niż minutę.
- Jens Zimmermann.
- Jestem!
On jest ostatni. Dzisiaj sprawdzenie obecności zajęło profesorowi tylko kwadrans! To zdecydowanie nowy rekord. Muszę sobie zapisać tę datę, bo drugi raz może się to nie zdarzyć.
- Strona sto piętnasta. Dzisiejszy temat: zaczątki narodowego socjalizmu w Republice Weimarskiej. - Maier rozpoczyna lekcję.
Przede mną pół godziny rozmyślania o wszystkim, byle tylko nie słuchać tych bzdur, które profesor głosi młodemu pokoleniu. Najgorsze jest to, że ludzie wierzą w historię spisaną przez Goebbelsa. Nawet w takie idiotyzmy, jak to, że Hitler jest potomkiem Habsburgów, Napoleona i rzymskich cesarzy. Tak, ich wszystkich naraz. 
Choć moim numerem jeden, jeśli chodzi o głupotę propagandy, są Zimowe Igrzyska Olimpijskie w 1936. Pomijam już fakt, że wcale nie wygraliśmy klasyfikacji medalowej, jak głosi NSDAP. Na łopatki rozkłada mnie wmawianie społeczeństwu, że podczas ceremonii otwarcia imprezy wszystkie kraje, nawet Związek Radziecki czy Stany Zjednoczone, oddały hołd twórcom ideologii i uznały nazizm za „najlepszą ideę w dziejach ludzkości”. Jasna cholera! Przecież tylu Niemców to pamięta. Tyle osób żyło jeszcze przed wybuchem wojny. Ale oni nie chcą pamiętać, jak było kiedyś i co się wówczas działo. Teraz niebezpieczne jest rozpamiętywanie minionych lat.[/spoiler]

Byłoby mi bardzo miło, gdyby ktoś zdecydował się skomentować i zwrócić mi uwagę na rzeczy, które powinienem poprawić: w treści i stylu pisania Smile

Dobrej nocy Wink
(-) dr net. Tadeusz Krasnodębski
Odpowiedz
#2
Interesujące, aczkolwiek historia taka była już przerabiana wielokrotnie.
Co do samego stylu ja większych zastrzeżeń nie mam, choć trudno mi ocenić po małym wyrywku całość tej historii, rozwój jej bohaterów i przedstawienie świata marzeń akwarelisty z Braunau z należytym pietyzmem. W takich historiach liczy się to jak bardzo jesteśmy w stanie podążać za myślą w gruncie rzeczy szaloną i jak jesteśmy w stanie ją rozwinąć. Nie ma tu jakiś aspektów pokazujących bliżej ludzi z tego czasu, są przedstawieni, ale to za mało. Lekcja historii to też łatwy temat na taka pracę, ciekawsza do przedstawienia byłaby np. lekcja biologii, czy też fizyki, która pomimo zachowania podstawowych założeń nie potrafiłaby się uchronić przed ingerencją państwa, co pokazywałoby jak daleko w nasze życie i edukację może sięgnąć władza.
Skoro też już niejako dzielimy się pomysłami to ostatnio miałem intrygujący raczej pomysł podobnej historii, z tym, że osadzonej w mniej typowych realiach, a więc okupacji japońskiej, chociażby życie na zachodnim wybrzeżu, gdzie nad mostem Golden Gate powiewają flagi z czerwonym słońcem, a na alei gwiazd w Hollywood zamiast owych gwiazd widnieją chryzantemy.
Zarządca wsi Weinhof, Wiceminister Spraw Zagranicznych
Odpowiedz
#3
Niepotrzebny to "nie".
Guliano margrabia Montini
Król Bialenii
Były rektor UB
Kochanek Saszy
Obrońca uciśnionych
Posiadacz 43 folwarków
Król kampanii wyborczych
Mason  "Pelikan   Orientyki" 
Ksiądz Kościoła Rotryjskiego
Pierwszy wśród sprawiedliwych
Najznamienitszy obywatel Bialenii
Przyjaciel Andrzeja Swarzewskiego
Wielokrotny  Marszałek  Parlamentu
Profesor zwyczajny doktor habilitowany
Zadeklarowany działacz LGBTQ na terenie Bialenii
Odpowiedz
#4
Ale główny bohater o imieniu Klaus za to... >>D
mgr net. dr pczk. Maciej Kamiński herbu Sto Osiem, Gestapo Ortograficzne, Oko Sprawiedliwości, Członek Bialeńskiej Partii Demokratycznej, Najbardziej Umiłowany Dyrektor Generalny Policji Krajowej, Poseł, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Wiceprezes Bialeńskiego Związku Sportowego, Honorowo obywatel Jahołdajewszczyzny, Ambasador Republiki Bialeńskiej w Księstwie Sarmacji, Trener LKS-u Tomaszew, Selekcjoner Dżamahiriji, Dyrektor Bialeńskiego Biura Graficznego, Administrator forum i strony głównej Republiki Bialeńskiej oraz fanpage'a Republiki Bialeńskiej na Facebooku, Młodszy administrator systemu e-gospodarki Republiki Bialeńskiej, Operator bialeńskiego kanału IRC, Gospodarz na Tomaszewie, Quasi-dzierżońca 283 folwarków, Zasłużony dla Stowarzyszenia, Święty Zielonego Kościoła, Według Boczka Raper, Kropidło Bialeńskiej Biurokracji, Wang IWA, Houellebecq Lahazydii, Jasny Gieroj, Przeciętny Wulkanizator, Tytan Pracy Spraw Wewnętrznych 2016, Wicemister Bialenii 2018.
Odpowiedz
#5
Dopiero teraz się dokopałem, płacę szeklami za dalszą część historii.
(—) Alberto Carlos de Médici y Zep
Odpowiedz
#6
Przeczytałem z zainteresowaniem. I czekam na dalszą część! Polecam potem kontakt z jakimś wydawnictwem (ja mam dobre doświadczenia z http://wydawnictwopsychoskok.pl/ które wydało moje opowiadanie) i wydanie w formie e-booka. Niestety, wydanie w postaci papierowej to droga przez mękę... (którą skutecznie przeszedłem, więc wiem)
Co do okupacji japońskiej w USA, to jest "Człowiek z Wysokiego Zamku". Ja chciałem kiedyś napisać o granicy niemiecko-sowieckiej wg pierwotnej wersji układu Ribbentrop-Mołotow, na Wiśle, z Pragą jako stolica jakiejś Nadwiślańskiej ASRR... wspomniane opowiadanie (polecam: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/230800/pr...erwony-wir tanie jak barszcz!) coś z tego ma...
Piotr de Zaym
Król Hasselandu
ambasador at large, wiceadmirał, doc. dr net.
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości