Z pamiętnika Stachanowca
#1
Wermikulity, 20.02.2018 r.

Dzisiaj rano stawiłem się w "nadanym" (jak mnie mierzi to słowo) mi Zjednoczeniu Wermikulity. Swoje kroki natychmiast skierowałem w kierunku idącego drogą chłopa. Niestety, gdy zobaczył mnie z daleka natychmiast zaczął uciekać. Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie, więc wypatrzyłem z daleka utykającego starca. Zaczaiłem sie na niego w zaroślach i gdy był wystarczająco blisko wyskoczyłem na drogę.

- Stój! - krzyknąłem.

Biedak mimo okrzyku i zaskoczenia próbował uciekać, jednak lewa noga odmawiała zerwania się do szaleńczego sprintu. Dopadłem go w kilku susach i chwyciłem za manele.

- Pane! Ne bij! Ja nie winny! - łkał w dziwnym amoku staruszek.
- Ja nie pan, tylko zarządca! Ktoście?!
- Ostap! Tutejszy! Pane! Ne bij! - starzec dalej zasłaniał się rękoma.
- Nie pobiję - stwierdziłem, że do prostego człowieka najlepiej trafi prosty i krótki komunikat. - Ale prowadź do atamana.

Wystraszony Ostap wiele się nie wzbraniał. Ruszył między walącymi się chatami raz po raz zaglądając przez ramię z trwogą. 

[Obrazek: 100letnia-kurpiowska-chata-z-bali-do-ete...740927.jpg]

Wreszcie stanął przed domem innym niż reszta. Dużym, zadbanym, pobielonym. Wyposażonym nawet w ganek. 

[Obrazek: domy-330-1.jpg]

- To tutej. Ja nie chcę wchodzić - mruknął już spokojniejszy Ostap.
- Czemu?
- Boją się.

Machnąłem ręką i bez większych celebracji z hukiem otworzyłem drzwi. Z wewnątrz doszedł mnie oburzony głos:
- A tu co za łajza jak do chlewa wchodzi!
- Lester Nowowicki! Stachanowiec na Wermikulitach!

W drzwiach ukazała się twarz z niezbyt inteligentną miną. 

- Kto?!
- Baron - z niesmakiem posłużyłem się monarchofaszystowskim określeniem.

Twarz Atamana pobladła, następnie poczerwieniała i znów pobladła.

- To proszę wchodzić - mruknął.
- Gdzie znajdę kwaterę? - spytałem przestępując próg. 

Ataman tym razem popatrzył na mnie jakby zobaczył świnię na dwóch nogach.

- Kwaterę?! To pan baron na noc zostaje?!
- Stachanowiec. Tak. Oczywiście. Widzę, że czeka mnie tu wiele pracy.

Ataman znowu pobladł, ale szybko pokręcił głowa i mówi.

- Wielmożny Pan się nie przejmuje! Ja tu wszystko od lat dbam! Zadbam i w pana imieniu!
- Widziałem te walące się chaty. Tu trzeba zmian, rewolucji! - rozglądnąłem sie po izbie. - Duzo dzieci masz?
- Syna tylko. Ale on w szkole z internatem w Temeszgradzie.
- To dobrze się składa. Prowadź do jego pokoju. Tam się prześpię.
/-/ Mardred Jakub von Salvepol-Nova Vita
Odpowiedz
#2
Wermikulity, 24.02.2018 r.


Właśnie przyjechałem znowu do Wermikulitów. Wypada w tym miejscu opisać co się działo w czasie poprzedniego przyjazdu.


Rano wstałem obudzony pianiem koguta, więc natychmiast się ubrałem i przeszedłem do izby kuchennej. Tam, przy stole siedział już Ataman i pracowicie wydłubywał rękoma mięso z kury. Popatrzył na mnie spode łba i gestem głowy wskazał na taboret po drugiej stronie stołu.


Usiadłem i po chwili Atamanowa postawiła przede mną patelnię z jajkami. W milczeniu jedliśmy przez kilka minut aż wreszcie Ataman odezwał się:
- Ja przepraszam za wczoraj Panie, głupio to wyszło, zaskoczony byłem. 
Nic dziwnego.
- Wie pan, tu tyle lat nikt nie zaglądał. Żyliśmy sobie sami z daleka od Boga i ludzi. Człowiek dziczeje...

Pomyślałem, że Ataman w nocy sobie trochę przemyślał i zmiękł. Trzeba kuć żelazo póki gorące!

-Jaki tam pan?! Mar... Lester jestem!

Ataman wyszczerzył wszystkie zęby w szerokim uśmiechu ukazując jak wiele mięsa zostawił sobie na później. Podniósł się z taboretu i wyciągnął do mnie otłuszczoną dłoń.

Hryćko! Hryćko jestem! O, ludzki pan się trafił! Nie te wszystkie co siedzą w miastach.
- Wiem, sam myślę, że nie pasuję do nich.
- To pan słucha. Znaczy słuchaj. Kończ te jajka i pójdziemy zobaczyć moje zabudowania. Ja ci wszystko powiem co i jak, pokażę jak tu zarządzam i będziesz mógł sobie wrócić do Temeszgradu, a ja ci będę tylko zyski przywoził okresowo.


Nie spodobała mi się jego wypowiedź, ale nie dałem po sobie poznać zmieszania tylko uśmiechnąłem się. Stwierdziłem, że lepiej nie tracić tego skrawka zaufania jakie zdobyłem, bo mogę się już niczego nie dowiedzieć.


Po śniadaniu poszliśmy na długi spacer po zabudowaniach atamana. Pokazał mi ogromny, wypełniony zbożem spichlerz, cztery piwnice – każda na inne warzywa, stajnię z kilkoma końmi pociągowymi i młyn wodny. Na koniec stanęliśmy pod domem.
- Dobry z ciebie gospodarz Hryćko, bogato tu masz! Ile ziemi tak sam obrabiasz?
Ja?! Ani trochę! A po co mi to?
- To skąd to wszystko?
- No jak? Od wieśniaków! Przynoszą mi, trzymają u mnie. Głupie to ludzie są, łatwo ich omamić. Zboże to mi w ogóle całe oddają. Część im zmielę na mąkę, część proszą żeby zawieść do miasta sprzedać. No to worków mąki im dam połowę z tego co kazali zmielić, ale nawet się nie doliczą. 
- Ze zboża do miasta im chociaż coś dajesz?
- Tak, no a jak inaczej?! Oni to w ogóle tacy zacofani. Najwięcej świata to widzieli moją chatę i kościół w Wermikulitach. Dają mi listę rzeczy jak wiozę zboże co by chcieli za to kupić. Jakieś buty, czy kurtki. Ale jak oni nie wiedzą ile warte to ich zboże to jak im to wszystko przywiozę i dam ze dwa bialeny to się jeszcze cieszą, że na tacę będzie co rzucić. Także nie martw się! Tu wszystko co z folwarków wychodzi to ląduje u mnie, no a teraz to u ciebie jak tam sobie coś odbiorę za usługi!Możesz sobie spokojnie wracać do tego Temeszgradu!


Uśmiechnąłem się lekko, wymuszenie. Pospiesznie powiedziałem:
- Wiesz, to ja już będę wracał interesu pilnować. Zajdę tylko jeszcze do proboszcza spytać na którą mszę odprawia. Przyjadę na niedzielę.
- A to dobrze, idź. A ja krzyknę tylko do starej, może jakiego żarła by dała młodemu. Zabrałbyś? On tam do Ciebie podejdzie po to.
- Nie ma problemu, nawet mu podwiozę. 


Poszedłem szybko do księdza. Przedstawiłem się i mówię:
Niech ksiądz proboszcz przedstawi mnie w niedzielę i każe ludziom w poniedziałek przyjść do Atamana.
- A po co?
- Ataman od dawna tych ludzi wyzyskuje, bieda we wsi aż piszczy, a to tylko w Wermikulitach. Boję się co w mniejszych wioskach. Z kolei Ataman ma u siebie tyle wszelkiego bogactwa, że głowa mała. Rozdamy to ludziom, tylko trzeba ich zawiadomić.
- A o to chodzi... - zadumał się ksiądz. - Dobrze. O 12:00 na sumie powiem.
- Dziękuję.


Zadowolony wróciłem do Temeszgradu. Dzisiaj, kiedy przyjechałem do Hryćka uradowany był niezmiernie, nawet wypiliśmy butelkę razem. Jeszcze nie wie jaką mu jutro niespodziankę przyszykowałem.
/-/ Mardred Jakub von Salvepol-Nova Vita
Odpowiedz
#3
Wermikulity, 25.02.2018 r.

GORE! GORE! O MANCALAGO!

Na nikogo nie można już liczyć. Z drugiej strony czego miałem się spodziewać po rotryjskim proboszczu? 

Byłem dzisiaj na mszy. Kiedy kapłan przeszedł do kazania myślałem, że za chwilę mnie przedstawi, ogłosi to o co go prosiłem... O jakże się myliłem! Słyszę w pewnym momencie:

- I tak, jak Abraham ofiarował Bogu co miał najdroższe tak i wy parafianie czynić powinniście. Dzisiaj i ja muszę, wzorem Boga, zawołać do was "Abrahamie!", a wy odpowiedzcie mi "Oto jestem!" i złóżcie płody rolne w me ręce, albowiem piwnice parafialne puste są, choć zima nie ustaje...

Wściekłem się i natychmiast wyszedłem trzaskając za sobą drzwiami tak mocno, że wszyscy zgromadzeni obejrzeli się zobaczyć co to za diabeł wyszedł. Poszedłem nad rzekę i z całej siły kopnąłem w kamień. Cud, że nie złamałem palca. 

Z kościoła powoli zaczęli wychodzić ludzie. Zauważyłem w tłumie kulawego starca Ostapa. Zawołałem go, z czego był niezbyt zadowolony:

- Panie... Ja nie winny...
- Czego nie winny?!
- A bo ja wiem? Pan woła, to pewnie ukarać chce... A co ja winny? Stary, kulawy, jaka wina moja? Chyba taka, że jeszcze chodzę po tym świecie...
- Ostapie! Uspokój się! Nie w tym celu cię zawołałem!

Ostap wydał się zaciekawiony.

- Słuchaj. Jutro w posiadłości Atamana, od rana będę rozdawał żywność. Przekaż to proszę jak największej ilości wieśniaków.

Ostap teraz patrzył na mnie jakby zobaczył baridajczyka.

- Zrób co Ci mówię! - warknąłem i więcej Ostapowi nie było trzeba. Zawrócił się na pięcie i odszedł tak prędko jakby zapomniał, że jest kulawy.

Mam nadzieję, że jutro pojawią się ludzie. Z księdzem policzę się później.
/-/ Mardred Jakub von Salvepol-Nova Vita
Odpowiedz
#4
Wermikulity, 26.02.2018 r.


Jeszcze przed pianiem koguta obudził mnie gwar i krzyki Hryćka:


- Wara! Poszli mnie stąd! Poszli! Nic nie dostanieta! Nic nie mam, nic nie dam! Do domów, już! Grzać się na zapieckach!


Zszedłem zaspany na ganek. Hryćko natychmiast do mnie podbiegł:

- Lester, ratuj! Ci ludzie powariowali! Mówią, że przyszli po żywność!

Przetarłem oczy, spojrzałem i od razu się szeroko uśmiechnąłem. Podwórze atamanowego obejścia było pełne ludzi. Wszyscy mieli na twarzach wymalowaną ciekawość i zniecierpliwienie. Może też coś podobnego do nadziei.


[Obrazek: hqdefault.jpg]

- No dobrze – odpowiedziałem spokojnie Hryćkowi. - Wydaj im.

Hryćko najpierw pobladł, potem poczerwieniał, znów pobladł i wyjąkał:


- Ale, ale... Jak to? Z czego?
- No na przykład buraki im daj.
- To moje buraki! - zdenerwował się Hryćko.
- Nie Hryćku. To buraki z dzierżawionego przeze mnie lenna, które sobie przywłaszczyłeś wobec braku nikogo innego. Z kolei w moim zjednoczeniu burak należy do tego kto go zasiał, pielęgnował i zebrał. Należy zatem do tych ludzi.
- Chcesz mnie zagłodzić?!
- Nie próbuj mi wmówić, że do wiosny zamierzasz zjeść z żoną 12 ton buraków...

W tym momencie Hryćko jak w jakimś amoku rzucił się na drzwi piwnicy i niczym pies wilk broniący zdobyczy łypał na wszystkich groźnie głęboko dysząc.


- Panowie, tam z tyłu! Otwierajcie piwnicę z ziemniakami – zakomenderowałem.


Chłopi podeszli do następnej piwniczki i stanęli jak wryci.

- Co jest?! - zapytałem.
- Panie, tu jest kłódka! - odpowiedział jeden z nich jakby zobaczył złotego kedara.
- Ilu was jest?!
- Dużo! - odparł po chwili zastanowienia jakiś rezolutniejszy.
- A kłódek ile?
- No jedna! I to mała! - odparł ucieszony rezolut.
- To chyba sobie poradzicie, co?! Brać po dwa worki na głowę, a potem się zobaczy.
[Obrazek: ziemniaki2_forum.jpg]

Wydawanie ziemniaków trwało dobre półtorej godziny, bo okazało się, że należało do pełnego opróżnienia piwniczki wydać po sześć nie dwa worki. Kiedy wreszcie piwniczka była pusta, rozentuzjazmowani wieśniacy zaczęli otwierać kolejne piwniczki. Opróżnili młyn z kilkunastu ton mąki, co niektórzy pobrali też worki z ziarnem dla kur. Wreszcie koło wieczora kilku obejrzało się na piwniczkę z burakami pod której drzwiami cicho łkał Hryćko. Wzięli co każdy miał pod ręką: sztachetę z płotu, nogę od taboretu, butelkę po piwie i ruszyli w kierunku atamana.


- STAĆ! - krzyknąłem. - Starczy tego! Macie co jeść?! Macie! Bez buraków jakoś się obędziecie! Nie będziemy przelewać krwi o buraka.
Wieśniacy stanęli wryci, popatrzyli po sobie, jeden zdjął czapkę z głowy, ukłonił się i odszedł ciągnąc za sobą resztę.


Powoli wszyscy mieszkańcy Zjednoczenia zaczęli opuszczać posiadłość atamana ciągnąc za sobą obładowane po brzegi wózki ręczne. Słońce chyliło się ku zachodowi, więc pospiesznie zabrałem swoje rzeczy i pojechałem do Temeszgradu.
/-/ Mardred Jakub von Salvepol-Nova Vita
Odpowiedz
#5
Wermikulity, 04.03.2018 r.


Udałem się dzisiaj po raz kolejny na mszę w miejscowym kościele. Wyszedłem jednak dużo wcześniej, tak żeby mieć sposobność rozmowy z proboszczem.


- Witam księże proboszczu! - zawołałem z daleka widząc jak wychodzi z plebanii.
- A witam, witam – ksiądz uśmiechał się do mnie fałszywie. - Co sprowadza tak wcześnie, bo chyba nie msza?
- Rzeczywiście, chciałem zapytać czemu ksiądz mnie nie przedstawił parafianom jak prosiłem.
- Ach, już mówię. Po naszej rozmowie i wieczornym brewiarzu naszła mnie refleksja. Nie mnie, biednemu słudze Bożemu zawiadywać takimi sprawami. To ataman powinien Pana przedstawić. Wszak co boskie Bogu, a co cesarskie cesarzowi!
- W czym Bogu urąga, że ksiądz owieczki jego na strawę ziemską zawoła? - zapytałem.
- O! O! O! Ziemską! I to słowo to klucz! Kościół jest miejscem spraw duchowych, a nie ziemskich!
- W takim razie jak ksiądz swą duszę nakarmił tymi ziemniakami, które kazał sobie przynieść?


Duchowny skrzywił się, rzucił mi nienawistne spojrzenie, rozglądnął się wokół siebie, przybliżył do mnie na odległość nosa i wysyczał:
- Kto ty jesteś, że na mojej parafii będziesz mi mówił co ja mogę, a czego nie mogę?!
- Dzierżawca i z tego co kojarzę ten kościół i plebania też leżą na dzierżawionej przeze mnie ziemi.
- Grozisz mi?! - ksiądz zmrużył oczy.
- Ostrzegam. Teraz pójdę na mszę i nie chcę słyszeć, że żądasz od tych biednych ludzi więcej żywności. Po posturze sądząc wcale nie głodujesz.

Odwróciłem się i wszedłem do kościoła. Spokojnie patrzyłem jak proboszcz odprawia kolejne elementy mszy. Co chwilę spoglądał w moją stronę z dziwnym wyrazem twarzy.

Skończył czytać ewangelię, kazał ludziom usiąść, rzucił w moją stronę jeszcze jedno spojrzenie i zaczął:
- Nie sprawiły się moje owieczki, oj nie sprawiły... - zrobił dłuższą przerwę. - Widziałem, żeście od Atamana całe wozy ciągnęli, a coście przynieśli do kościoła! - huknął.
- Szewczenko – worek ziemniaków, niepełny. Kubiw – siatkę cebuli. Danyluk pół worka mąki. A to tylko te najsowitsze ofiary! Jak ja mam wam służyć, jak mnie głodzicie? - udał strapione dziecko, które przyłapano na kradzieży cukierka.

Poczekałem chwilę aż sobie ponarzeka, a gdy nasz wzrok się spotkał pokazałem mu wymownym gestem, że ma się stąd wynosić i wyszedłem.
/-/ Mardred Jakub von Salvepol-Nova Vita
Odpowiedz
#6
Wermikulity, 05.03.2018 r.

Wszedłem bez pukania na plebanię i radośnie zapytałem:
- Jak tam? Gotowy ksiądz do drogi?
- Jakiej drogi? - spytał oniemiały. - Ja się nigdzie nie wybieram!
- Jak to się mówi u Was... Misja w Wermikulitach dobiegła końca!
Proboszcz poczerwieniał na twarzy aż mu na szyi pokazały się żyły.
- Jak śmiesz?! Jestem tu szanowany! Poważany! Tu jest mój dom!
- Nie, nie, nie – pokręciłem głową. - Szanowany to może i ksiądz jest, bo lud ciemny, ale ja ich oświecę. Dom z kolei nie jest księdza tylko parafii dla której ksiądz służy. Napiszę do Prymasa, skieruje tu kogoś innego... Chociaż tak naprawdę to mieszkańcy trochę pomarudzą i obejdą się bez kościoła.
- Ta parafia to ja! Możesz mnie usunąć tylko siłą!
- Nie ma problemu proszę księdza. Ziemię na której stoimy dzierżawię ja. Kościół tutaj zbudowany jest za pieniądze poprzedniego dzierżawcy. Drogą nadania przeszedł w moje ręce. Mam pełne prawo księdza wyrzucić.
- Po moim trupie! - krzyknął proboszcz i opadł całą siłą na krzesło.
- Tak drastyczni nie będziemy – odpowiedziałem spokojnie. - Daję księdzu dwie godziny. Wieczorem wrócę i nie chcę tu księdza widzieć.
Jak powiedziałem tak zrobiłem. Wieczorem przyszedłem na tereny kościelne. Na plebanii świeciło się światło. Widziałem jak w oknie pospiesznie czmychnął proboszcz.
Nie zastanawiając się zatem wiele podpaliłem jedną z pochodni, które ze sobą przyniosłem, a następnie od niej kolejną. Powoli zacząłem wrzucać je na kościół w najbardziej palne miejsca.

[Obrazek: 56b1b5ec7358c_p.jpg?1454492131]

Budynek zajął się w kilka chwil, na co z plebanii wybiegł proboszcz:
- POMIOCIE DIABELNY! - rzucił się na mnie, ale z łatwością uniknąłem jego niezgrabnego zamachu i kopnąłem w tylną część ciała. Zarył twarzą o ziemię. Stojąc nad nim spytałem:
- To wynosi się proboszcz po dobroci? I tak nie ma gdzie pełnić posługi.
- Co mi ten kościół?! Co mi ten kościół?! - zaczął syczeć przez zęby. - Zbudują mi nowy! Nie wygrasz! Przyjdą głupie barany i będą za darmo pracować! Architekta tylko muszę wynająć i jakiegoś inżyniera, a myślisz, że mnie nie stać?! 20 LAT ŚCIĄGAM Z TYCH IDIOTÓW DANINY! 20 LAT! WSZYSTKO MI ODDAJĄ!
- Ciekawe gdzie też ksiądz trzyma pieniądze...
- Przetrząśniesz całą plebanię i ich nie znajdziesz łachmyto!
- Na plebanii, tak? Nawet nie zamierzam szukać – odpowiedziałem i rzuciłem pochodnię na kryty słomą dach.
/-/ Mardred Jakub von Salvepol-Nova Vita
Odpowiedz
#7
Wermikulity, 17.03.2018 r.

Myślałem, że po usunięciu Atamana i rozdaniu zagrabionych przez niego płodów rolnych oraz wyjeździe księdza proboszcza mieszkańcy Zjednoczenia będą żyli spokojnie i dostatnio. Jakże się myliłem!

Dzisiaj rano przyjeżdżając do Wermikulitów i kierując się w stronę domu w którym obecnie rezyduję, zauważyłem, że stoi pod nim Martyn, jeden z chłopów, którzy chcieli pobić Hryćkę podczas rozdawania żywności.

- Dzień Dobry – powitałem go.
- Dzień dobry wielmożny… – zmierzyłem go wzrokiem. – Znaczy stachanowcu.
- No… Domyślam się, że wyczekujesz na mnie.
- Tak… - Martyn zaczął nerwowo mielić czapkę w rękach. – Bo ja po prośbie…
- Słucham.
- Bo dzieci moje głodne. Ja już sam dwa dni nie jadłem, a im po trzy ziemniaki dziennie gotuje – mówił cicho z wzrokiem wbitym w ziemię. – Klęska, panie…

Otworzyłem szeroko oczy i zapytałem:
- Jak to?! Nie dalej jak trzy tygodnie temu ciągnąłeś od Hryćki taki wóz warzyw, żeś ledwo mógł go ruszyć! Zjedliście już wszystko?! Tam ponad tona żywności była!
Martyn zasępił się, pochylił jeszcze bardziej i mruknął cicho:
- No gdzie zjedli, nie dali by rady tyle zjeść…
- To coście z tym zrobili?!
- Sprzedałem…

Wpadłem w jeszcze większą furię:
- CO?! JAK TO SPRZEDAŁEŚ?! Przepiłeś tyle żarcia zamiast nakarmić dzieci i śmiesz przychodzić do mnie po ratunek?! Rozum postradałeś?!
Martyn podniósł głowę i ze łzami w oczach krzyknął:
- Ja nic nie przepiłem! Nic nie przepiłem! Bóg mi świadkiem, żem od dwóch tygodni nic nie wypił!
- Pięknie! W takim razie udało ci się to w tydzień! Brawo! Zuch chłop!
- Panie, przysięgam! Nie przepiłem! Nawet jak piłem to sam pędziłem w stodole! Nic nie piłem! Moje dzieci głodne, po ratunek przyszłem, jak żebrak jakiś! Jak trzeba – upadł na kolana. – To ja buty pańskie całował będę byleby uratował dzieci moje i nakarmił, bo one wiosny nie doczekają!

Stwierdziłem, że chyba naprawdę nie przepił majątku, więc spokojnie mu powiedziałem:
- Wstań i powoli, od początku powiedz co się stało z żywnością.
- Panie… Bieda u mnie w domu zawsze była. Ale jakoś sobie radziliśmy. Powolutku jakoś tam się przetrzymało tą zimę, a wiosną i latem to wiadomo. Do lasu można iść, owoców nazbierać… A i kurczaki małe kupić, bo się same popasą na podwórzu, wiosną to już lepiej…
- Do rzeczy.
- Wtedy Panu nadano Wermikulity. I pan rozdał nam to wszystko co zawsze ataman zabierał. Jaki ja głupi byłem, żem myślał, że on dobrze zarządza tym co mu oddawałem! Ale ja głupi byłem!
- Do rzeczy, co zrobiłeś z żywnością.
- Do tego panie zmierzam. Zawsze to było tak, że ataman nam robił zakupy w mieście. To jakieś buty, to koce, jakieś kurtki. No słowem zawsze coś tam nam przywiózł. Nigdy nie starczyło tego dla wszystkich dzieci, to te moje dziatki, a sześć ich mam, chodziły w zimie na zmianę w trzech parach butów, dzieliły się kurtkami. Myślałem, że to tak ma być…
- I?
- Jak dostaliśmy tyle żywności to tak się ucieszyłem! Tak się ucieszyłem! Po kilku dniach przyjechał do Nas jakiś człowiek z miasta. Mówi, że butami handluje. Mówię mu, że pieniędzy nie mam, ale on „Nie przejmuj się, możesz zapłacić w naturze, ja to w mieści potem sobie sprzedam, czy sobie wezmę...”

Wzruszyłem się:
- I pokupowałeś wszystkim buty tak?
- No tak… Tylko jak on mi powiedział ile chce za parę to o matko… Za jedną wziął cztery worki buraków, za drugą trzy worki cebuli i dwa marchwi. Myślę, starczy tego… Ale wtedy przyszła do mnie moja najmłodsza, Tamarcia, popatrzyła na mnie tymi swoimi czarnymi oczkami i mówi „Tato, czy ja też dostanę buciki?”. Nie mogłem jej odmówić… No i zabrał szewc do miasta, wszystko prawie com wziął od Atamana. Nam zostało tylko cztery worki ziemniaków… Panie! Ratuj!

Dałem mu garść bialenów, a on stał i wpatrywał się w tą garstkę.

- Dziękuję! Panie! Co za łaska, ale… - zająknął się.
- Ale co?
- Co ja za to kupię w Wermikulitach jak szewc wszytką żywność wywiózł do Temeszgradu?
/-/ Mardred Jakub von Salvepol-Nova Vita
Odpowiedz
#8
Wermikulity, 06.05.2018 r.

Ostatni czas to istny koszmar. Jak się bowiem okazało, szewc faktycznie wykupił całą żywność w Wermikulitach po dość, jak by to powiedzieć, okazyjnej cenie. Dla mnie oznaczało to nie mniej, nie więcej tylko konieczność dostarczania żywności Zjednoczenia. Czułem się przy tym jakbym drwa do lasu nosił. Dodać należy, że mimo codziennych dostaw nie udawało się zaspokoić potrzeb mieszkańców w wystarczającym stopniu. Wybawieniem okazało się dopiero nadejście wiosny. Na szczęście w tym roku mrozy puściły dość szybko. Chłopi zaczęli zbierać z pól ozimą rzepę, pojawiły się pierwsze nowalijki. Słowem - gospodarstwa stały się samowystarczalne chociaż w niewielkim stopniu.

Wiedziałem jednak, że problem powróci i to zaraz z nadejściem zimy. Dlatego w głowie już powoli kreśliłem plany industrializacji Zjednoczenia. Dzisiaj, po obiedzie, siedziałem pijąc kawę przy stole na zewnątrz chałupki, którą zająłem. W blaskach majowego słońca studiowałem mapy geodezyjne terenu próbując oszacować w których miejscach mogę znaleźć jakieś wychodnie. Biorąc kolejny łyk kawy zauważyłem, że drogą zbliża się grupa chłopów. Przeszli przez rozpadającą się furtkę, stanęli przede mną i skinęli głową.

- Słucham, o co chodzi?
- Dzień dobry stachanowcu... - zaczął Ostap. - Wracamy właśnie z Zajnszandu...
- Strasznie wczesny powrót jak na wycieczkę w góry.
- Gdzie tam wycieczka, panie... Co to? Mało się nachodzim w tygodniu? My właśnie w tej sprawie, co by nie chodzić...
- Już czuję, że w dziwnej sprawie tam byliście... Słucham, o co chodzi?

Ostap się zmieszał, wbił wzrok w ziemię i zaczął pod nosem:
- My tam byli... Bo niedziela. A jak niedziela, to... To do kościoła lza iść. Nasz wiejski kościół mości stachanowiec spalić raczył...
Ciśnienie mi się podniosło, przypomniałem sobie od razu słowa byłego proboszcza, że ludzie i tak mu zbudują nowy kościół. Nic to... Nie dam tak łatwo za wygraną!

- I co?! I za złe mi może macie?! Co?! Proboszcz dobry może był?! Wy dzieciom co do gara włożyć nie mieliście, a on tłusty był jak wieprzyk na targ do Temeszgradu! Po co wam taki ktoś?!
Ostap jeszcze bardziej spuścił głowę i jeszcze bardziej zamruczał:
- Dobry... Gdzie tam dobry... Tylko dawaj i dawaj mu... Tera my to już widzim panie... Już my nie takie głupie...
- To po co się za nim wstawiacie?!
- My nie za nim. Dobrze, że pan go pogonił... Bardzo dobrze... I plebanię spalił... No niech będzie, wasza wola... Ale kościół...
Tu Ostap mocno się zaciął i zaczął oglądać na towarzyszy. Pozostali chłopi unikali jego wzroku.
- No, kończ Ostap. Co kościół?
- Kościół był niewinny, panie... To ksiądz tylko taki, a kościół co winny? OOOOO! Po co my tu przyszli zawracać panu głowę! Idziemy, chodźta! - Ostap obrócił się i zaczął poganiać towarzyszy.

Zagryzłem wargę, chwilę pomyślałem i krzyknąłem:
- Czekajcie! Po co tu przyszliście?! Zwymyślać mnie, że kościół spaliłem?!
Ostap niczym rażony piorunem obrócił się ponownie i podbiegł z niesamowitą jak na jego stan zdrowia zręcznością do mnie:
- Panie! Gdzieżby my śmieli! Panie! To nie tak! Pan zrobił jak uważał! Pana wola! My tu niepotrzebnie przyszli! O ja biedny! Tera mnie Pan ukaże, ale to nie ja wymyślił, to tamci, ja tylko mówił, bo najstarszy! OOOO!
- Spokojnie Ostap, nikogo karał nie będę. Nie wiem zresztą jakbym miał karać wolnych chłopów? Jakim prawem? Z czym przyszliście?
- Bo my kościół chcemy odbudować. Od początku. My wszystko sami, tylko pozwoleństwa potrzebujem - wydusił na bezdechu Ostap.
- No to je macie. Zbudujcie w tym samym miejscu kościół i tyle. Jak chcecie te swoje gusła zabobonne czynić, to ja wam na drodze stał nie będę. Tylko ziemi nie zaniedbajcie, bo znowu mi głodować zaczniecie.

Zapadła długa cisza. Chłopi zaczęli się rozglądać jeden na drugiego. Słychać było pszczołę zbierającą nektar z kwiatów.
- Coś jeszcze?
- No bo kościół panie jedno... - odezwał się Martyn. - Ale w kościele nie ma kto posługiwać... Napisaliby my do kurii, ale my niepiśmienni...
- Dobra, dobra... Idźcie już, załatwię to - odparłem z uśmiechem na ustach, ponieważ w duchu sam się śmiałem z siebie, że jako ateista kapłana będę szukał.

Chłopi zaczęli iść w stronę furtki, jeden jeszcze, z uśmiechem na ustach powiedział na odchodne:
- To my się bierzem od jutra do roboty! Zostańcie z Bogiem Panie!

Łypnąłem na niego znad kubka z kawą z wyrazem godnym politowania. Chłop po chwili zrozumiał o co mi chodzi, więc nie przedłużając już sprawy skłonił się nisko i w podskokach pobiegł za resztą.

- Skaranie z nimi - powiedziałem do siebie.
/-/ Mardred Jakub von Salvepol-Nova Vita
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości