Podział administracyjny > Hrabstwo Mockeryshire

Wędrowcze, witaj w Mockeryshire!

(1/1)

Karol Medycejski:

Hrabstwo
Mockeryshire


Z koszykiem, w ręku w poszukiwaniu co rzadszych owoców lasu, wkraczasz pomiędzy drzewa gęstej Puszczy Rosieńskiej. Nie wiesz jednak, że miast plecionki winieneś mieć raczej łuk, a najlepiej armatę... Wtem słyszysz charakterystyczny dźwięk odciąganego kurka i ochrypnięty głos:

- Zbłądziło się? Hahahaha, najpewniej, gdyż nikt o zdrowych zmysłach nie postawi stopy w Krainie Śmieszków*! Hahaha... Aaaargh - zakrztusił się nagle dziadyga.

Pomyślałeś, że zagrzybiały starzec choruje na suchoty, jak pewnie połowa populacji tych podmokłych lasów, coś jednak wyraźnie się nie zgadzało. Może to, że jeszcze kilka sekund temu z jego piersi nie sterczał kilku-calowy bełt, który przyszpilił niedoszłego oprawcę do dużego buku? Tak, to musiało być to, zważywszy na fakt, że już nic dalej nie powiedział, choć zanosiło się na dłuższą tyradę. Otrząsnąwszy się z niemałego szoku, nie myśląc dłużej, zanurkowałeś do pobliskich krzaków.

Po chwili słyszysz szczekanie psów i kroki zbliżających się ludzi. Ktoś krzyczy:

- Doskonały strzał, Sire! Kolejny kłusownik-śmieszek do kolekcji!

Nie zdążyłeś nawet dobrze zastanowić się nad sensem tych dość absurdalnie brzmiących słów, gdy nagle czujesz, jak chwytają cię jakieś masywne ręce i wyciągają z bezpiecznej kryjówki.

- Uuu, a kogoż my tu momy? No, no, kolejny ptasiek do kolekcji!

Drągal podnosi cię w powietrze, wyrywa koszyk i z drwiną mówi:

- Paczta, jakiś czerweny kapturok! Hahaha... Auuuu! - zawył z bólu olbrzym, upuszczając cię na ziemię. Najwyraźniej oberwał w swój pusty łeb dębową laską, którą trzymał w ręku, stojący nieopodal jegomość.

- A teraz, Bodor, podniesiesz jaśniepana, oddasz mu koszyk i ładnie przeprosisz. - powiedział głosem, który wyraźnie nie znosił sprzeciwu.

Przygłup bez ociągania wykonał polecenie i już zaraz, nieco zmaltretowany i z połamaną wikliną w ręku, stoisz na własnych nogach.

- Bardzo Jaśniepana przepraszam za zachowanie moich pachołków. Musi Pan wiedzieć, że są to ludzie prości, którym tylko śmieszkowanie w głowie, nie to co nam - ludziom z klasą i elegancją. W ramach zadośćuczynienia pozwoli Pan, iż zaproszę Was na herbatę z kapką tlenku diazotu i grzybową ucztę, którą poprzedzimy drobną przejażdżką po Hrabstwie.

Przystałeś na propozycję tego dżentelmena, po części nie chcąc odmawiać człowiekowi, który właśnie ci pomógł, a po części z powodu własnego instynktu samozachowawczego, czując, że krągłe słówka nie do końca korespondują z obłędem widocznym w jego oczach.

W asyście szlachcica i łowców udałeś się w kierunku leśnej drogi, gdzie czekały uwiązane konie i reszta opryszków. Ktoś wskazał ci kasztanową szkapę, do której przed chwilą uwiązano sakwę wielkości samundańskiego arbuza, i ruszyliście w drogę. Miarowe kroki koni i regularne kapanie z worka powoli cię usypiały. Teraz dopiero poczułeś też jak bardzo chce ci się pić. Myśląc, że w torbie, z której coś wyraźnie ciekło, jest wino, podniosłeś ją i rozchyliłeś. Widok zawartości nieomal wyrzucił cię z siodła - w środku była uśmiechnięta głowa dziadygi, który jeszcze chwilę temu chciał napastować cię w lesie! Nagle, tuż obok siebie, usłyszałeś znajomy głos:

- Ach, widzę, że ciekawi Pana moje nowe trofeum. Już niedługo będziemy na miejscu, gdzie pokażę Panu całą moją kolekcję! - powiedział, a w jego głosie było coś, co kazało wierzyć, że pozostałe trofea miały podobny charakter.

W międzyczasie zauważyłeś, że las jakby nieco się przerzedził. Na horyzoncie można było dostrzec dym, najpewniej z jakichś kominów. Nagle puszcza zupełnie się urwała, tworząc prześwit, za który, jak się okazało, odpowiedzialna była przepływająca tu rzeka.

- To Auttera. - wyjaśnił zwięźle mężczyzna - Zaraz dotrzemy do rozwidlenia, którym pojedziemy prosto do posiadłości. Jadąc w prawo, dotarlibyśmy do Jester Town, a w lewo do Snortville nad Jeziorem Rosieńskim, ale nie polecam - nawet ja tam nie bywam.

Jeśli ktoś taki unikał podobnego miejsca, to faktycznie chyba lepiej trzymać się z daleka. Jak i zresztą od całego tego przeklętego lasu śmieszków! - pomyślałeś. Ale teraz już było za późno na takie refleksje, z których zresztą dość brutalnie wyrwał cię widok drzewa przyozdobionego dyndającymi na wietrze wisielcami.

- Lokalna choinka. - rzucił z satysfakcją w głosie któryś z pachołków - najwyraźniej na widok twojej nietęgiej miny.




Tak jak pan szlachcic powiedział, grupa wybrała trakt wiodący na wprost przez puszczę. Co chwilę słychać było czyjś śmiech albo po prostu prostacki rechot, a olbrzym, który wcześniej potraktował cię jak zwykłą wiewiórkę, nucił coś o jakimś kurahenie, ale wolałeś nie pytać, o co chodzi temu pomyleńcowi.

Gdy już zaczęło zmierzchać, wyglądało na to, że nareszcie dotarliście do celu podróży. Las znów się przerzedził i wyłonił się z niego widok ni to parku ni to zadrzewionej dużej polany. Ale pomimo tego, że nie sposób określić jej charakter, nie można było odmówić okolicy pewnego uroku - przynajmniej w porównaniu z otaczającym ją lasem. Pośrodku zagajnika stało średnich rozmiarów domostwo zbudowane z szarego kamienia w stylu późnego gotyku. Rezydencja pamiętała już swoje lepsze czasy, które nota bene musiały minąć dosyć dawno temu, ale dworek miał na właściwym miejscu dach a ściany wyglądały na raczej proste i stabilne. Innymi słowy: wciąż dało się tam mieszkać. Nieopodal stało kilka podobnych, ale jeszcze bardziej zaniedbanych budynków - najpewniej stajnia, oficyna i jakaś graciarnia.

- Zapraszam, zapraszam! Proszę się rozgościć. - powiedział szlachcic - Służba zaraz powinna podać herbatkę i grzybowe ciasteczka! Nie chciałeś nawet zastanawiać się jaki gatunek grzybów został użyty do ich wypieku...

Do jadalni prowadziła długa i wąska sień, wzdłuż której powieszono myśliwskie trofea. Dominowały poroża, ale gdzieniegdzie widoczne były także całe głowy. Ulżyło ci, gdy zobaczyłeś, że wszystkie należą wyłącznie do zwierzyny...

Szlachcic-dziwak zauważył, że z fascynacją, pomieszaną z lekką dozą lęku, podziwiasz galerię i wtrącił:

- Na pewno Waszmość jest ciekaw, gdzie trzymam moje najlepsze trofea! - W jego oczach pojawił się złowrogi błysk. - Spokojnie. Te też Panu pokażę, jednak wszystko w swoim czasie. Teraz na pewno jest Pan zmęczony i głodny.

Tak było w istocie, więc nie protestowałeś, a po prawdzie, to ulżyło ci, że choć na chwilę odwlekła się ta makabryczna wycieczka. Zasiedliście do stołu. Zgodnie z zapowiedzią podano herbatę i ciasteczka. Szczególnie podejrzliwie spojrzałeś na te drugie, ale by nie urazić gościa, a po części także z powodu pustego żołądka, poczęstowałeś się miejscowym "specjałem". Nie było tak źle, jak się tego na początku obawiałeś. Właściwie, to podwieczorek wyglądał i smakował nawet dobrze. Czułeś jednak, jak powoli ogarnia cię przemożne zmęczenie. To pewnie przez podróż i dzisiejsze wrażenia. - pomyślałeś, ale starałeś się opanować znużenie, by nie urazić gospodarza, który wyglądał na takiego, co raczej niezbyt dobrze przyjmuje jakąkolwiek obrazę, nieważne czy urojoną, czy też nie. Uczucie było jednak tak natrętne, że wiedziałeś, iż dłużej nie dasz rady.

- Nie chciałbym się narzucać, ale bardzo wyczerpał mnie dzisiejszy dzień. Czy mógłbym jeszcze trochę nadużyć pańskiej gościny i zatrzymać się na noc? - Zapytałeś z lekkim przestrachem, podczas gdy obłąkany jegomość pochłaniał ciastka, popijając je hektolitrami herbaty.

- Ależ oczywiście! - odparł - Zaraz każę służbie przygotować Panu izbę. Wiedział jednak doskonale, że to nie zmęczenie, a że zaczęła działać herbatka i ciasteczka.

- Zaprowadzę Pana. Chodźmy! - Pomógł ci wstać i zaczął prowadzić na górę. Kątem oka zdołałeś jeszcze zobaczyć masywny zdobiony zegar, który wskazywał dokładnie godzinę 21:37. Rzuciłeś:

- Właściwie to nie miałem okazji poznać pańskiego imienia.

- Medycejski. Karol Medycejski. Hrabia-śmieszek do usług.

Ale ty już go nie słyszałeś, błądząc gdzieś w grzybowej krainie...



*Wolne tłumaczenie nazwy Mockeryshire.

Tutaj przepraszam także wszystkie Białogłowy, że w tekście użyłem wyłącznie formy męskoosobowej, jednak nie chciałem narazić Szanownych Pań na opisaną powyżej poniewierkę. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.

Severino Castiglioni-Faradobus:
Przybywam do Ciebie w odwiedziny z butelką wina zdobionego własną podobizną z winnic parmeńskich, z zapytaniem czy aż tak źle się sprawy w Imperium mają, że postanowiłeś aktywniej w Republice działać, o Hrabio Śmieszku. :)

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

Idź do wersji pełnej